Dorośli zawsze mieli problemy z dziećmi. Tymi małymi i tymi w sobie. Dzieci zawsze miały problemy z dorosłymi. Tymi obok siebie, przez których musiały za szybko dorośleć i tymi, których nie było blisko, choć być powinni. „Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci na świecie nie byłoby wojen” powiada Jiddu Krishnamurti, ale nie byłoby też kultury w takim kształcie, jakim ją możemy obserwować dziś. Tę kulturę nazywam, zgodnie z modą na pokoleniowe nazywanie zjawisk: Generacją „Problem Child.” [1]
Dzieci prześladowane, słabe maleństwa, biedne szkraby, pokrzywdzone dzieciątka, święte małe aniołki, zawsze niewinne, najczęściej nieszczęśliwe, nierzadko zalane łzami, niezmiennie głodne, przeważnie zmarznięte, dlatego chore, umierające, ukazywane jako ofiary dorosłego świata, doświadczone przez los, historię, a najczęściej przez ludzką głupotę. Oto skrócona wizja motywu dziecka na przestrzeni blisko XX wieków, jaką widzimy powszechnie w literaturze i kulturze, także tej masowej, niskiej, pospolitej. To historia pełna Herodów napastujących niemowlęta, to dzieje okrutnych zaborców zsyłając nawet małych chłopców na Sybir, to także pozytywistyczne losy wiejskich i miejskich dzieci, ofiar zacofania, nędzy i głupoty, wreszcie to okropieństwa wojen i totalitarnych utopii, wobec których najbardziej bezbronni byli najmłodsi. W opozycji do takiego – złego świata dorosłych jasnym światłem zbiorowej wyobraźni są postaci takie jak: Mały Książę, Piotruś Pan, Król Maciuś. Ten panteon dziecięcych gwiazd można poszerzyć o postaci z bajek, baśni, legend, nie zmieni to jednak ogólnego wrażenia, że świat dziecka to świat cierpienia zadawanego mu przez dorosłych. Jedno jest w tej wizji pewne, dzieci są dobre, dorośli źli. Dzieci są czyste, a dorośli mają nieczyste sumienia.
Przeczucie o tym, że dzieci to niekoniecznie aniołki wyraża co prawda Adam Mickiewicz w „Dziadach”, obarczając dzieci jakąś bliżej nieokreśloną winą, ale romantycy widzieli jednak w dzieciach głównie czystość, wrażliwość, intuicję, czucie i wiarę, którą dorośli tracili doroślejąc. Dopiero XX wiek przynosi zdecydowaną zmianę w postrzeganiu dzieci, jako
niewinnych, czystych tablic, na których dopiero z czasem dorośli wypisują swe mroczne historie. Diaboliczną nie tylko w tytule („Władca Much”, czyli Belzebub) powieść Williama Goldinga uznać można za przełomową pod względem próby objęcia piórem zjawiska narodzin zła. Oczywiście zło fascynowało wielu, którzy już wcześniej podróżowali do „jądra ciemności”, czy przekraczali oczyma wyobraźni bramy piekieł, ale dzieci, które lądują na „rajskiej” wyspie i zmieniają tę wyspę w piekło na ziemi, to pomysł zaiste diabelski.
Dzieci Goldinga, według którego „Człowiek wytwarza zło, jak pszczoła miód”, są tak samo potworne jak dorośli. Co ciekawe to przeświadczenie noblisty zrodziło się nie ze studiów teologicznych czy antropologicznych, lecz raczej w praktycznym doświadczaniu okropieństw wojny i obserwacji ludzkich zachowań. Człowiek, nawet dziecko „nie czyni dobra, którego pragnie, ale czyni zło, którego nie chce” (parafrazując słowa św. Pawła) oto przesłanie jakie ma dla nas „Władca Much”. A być może jest jeszcze gorzej niż myślał święty i jest tak, że człowiek (nawet dziecko) czyni zło, którego chce, które nie jest czymś nienaturalnym, a jest po prostu częścią ludzkiej natury. Golding pyta, czy przypadkiem wszyscy nie jesteśmy „urodzonymi mordercami” w sposób naturalny (od dziecka), „Natural born killers” Oliviera Stone’a pokazuje, że ludzie potrafią zabijać dla rozrywki, albo tylko po to, by stać się gwiazdami mediów. Nie sposób przy tej okazji przemilczeć, że urodzeni mordercy to skrzywdzone, niekochane i molestowane dzieci. Dzieci zemsty.
Po Goldingu kończy definitywnie kulturowa epoka wiary w dziecięcą czystość, niewinność, wrodzoną dobroć (przynajmniej na łamach literatury, czy na ekranie). I jeśli przez wieki dziecko w kulturze było niewinną ofiarą, to drugą połowę XX wieku nazwać możemy epoką dziecięcej zemsty za wieki cierpień, czasem rewanżu na dorosłych, triumfu dziecka nad dorosłymi. Zmiana punktu widzenia, czy punktu opisywania jest rewolucyjna, a kulturę masową opanowywać zaczynają dzieciaki, które są dla dorosłych utrapieniem i koszmarem. Żeby było śmiesznie, te dzieciaki bawią nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy oczywiście te postacie wymyślili. Są tych postaci dziesiątki, zwanych najczęściej „koszmarnymi”, :”nieznośnymi” lub noszących delikatne miano „urwisów”. Zapełniają półki bibliotek i wypożyczalni filmów. Najpopularniejsi bohaterowie to już ikony kultury masowej.
Kevin – jak wiadomo – jest sam w domu. Winni są temu rodzice, którzy go zapomnieli zabrać na święta. Kevin radzi sobie świetnie, świat bez dorosłych jest niczym raj bez zakazanych owoców. Na ten raj napadają złodzieje, którym Kevin wypowiada wojnę. Wojnę rodem nie z dziecięcych filmów, ale z filmów walki. Kreatywność Kevina jest ogromna, w ramach obrony domu („My home is my castle”) stosuje takie zabiegi jak: przypalanie palnikiem, rzut żelazkiem w głowę, strzelanie z wiatrówki w męskie przyrodzenie, przypalanie dłoni, wbijanie gwoździ w stopy. To tylko fragment zestawu „gier i zabaw dziecięcych”. Kibicujemy Kelvinowi, wszak źli są złodzieje. A właściwie są głupi. I tu jest to okrutne przesłanie filmu: świat dorosłych to świat głupków zapominających o swoich dzieciach (rodzice), nie interesujących się samotnym chłopcem (mieszkańcy miasteczka, sąsiedzi), nie potrafiących poradzić sobie z jednym obrońcą domu (włamywacze). Dlatego kochamy Kevina, bo jest najmądrzejszy, najsprytniejszy, jest po prostu cudowny i umyka nam w trakcie oglądania fakt, że zamienia się z ofiary w kata. Oczywiście, że film mnie bawi, bawi moje dzieci i będzie bawił wnuki. Jednak drugie dno tego filmu pokazuje, że dziecko pozbawione oparcia dorosłych, zaczyna żyć jak dorośli, ale nie jak „kochani” rodzice, tylko jak „znienawidzeni” przestępcy. Bohater mógłby z powodzeniem być jednym z chłopców Goldinga (niektórzy krytycy filmowi widzą w Kevinie socjopatę), jednak my widzowie w każde święta cieszymy się sukcesami Kevina, czyli porażką świata dorosłych.
Lata 90-te ubiegłego wieku to prawdziwa wysyp filmowych bohaterów dziecięcych, które są dla dorosłych utrapieniem, problemem, koszmarem. Wspomniana seria o Kevinie (ekranizacje w latach 1990 i 1992 „Home Alone”, „Home Alone 2: Lost in New York”), pojawiła się równolegle z serią „Kochany Urwis”, o bardziej wyrazistym oryginalnym tytule „Problem child” (lata 1990-1995, 3 części). Do tego „klanu urwisów” zaliczyć też należy „Dennisa rozrabiakę” („Dennis the Menace” 1993), bohatera filmów pełnometrażowych i serialu animowanego. Charakterystyczne dla polskich dystrybutorów filmu jest łagodzenie wymowy oryginalnych tytułów. „Problemowe dziecko” zamieniane jest w „kochanego urwisa”, „Dennisa – zagrożenie” zmienia się w „rozrabiakę”, nawet Kevin w polskiej wersji nie jest już „zagubiony” tylko po prostu „sam w Nowym Jorku”. Te zabiegi translatorskie mają jednak ogromne znaczenie semantyczne. W polskiej kulturze pojęcia dziecka-zagrożenia, dziecka, które jest problemem, to temat tabu. Wystarczy obejrzeć kilka odcinków „Superniani”, by zobaczyć z jaką nieśmiałością rodzice tak zwanych trudnych dzieci opowiadają o swoich problemach. Rodzic – w potocznym przekonaniu – nie ma prawa nazywać dziecka problemem, czy zagrożeniem, przecież maluchy są słodkie, niewinne i „wszystkie nasze są”, a o „swoich” nie mówi się źle.
O ile wymienieni wyżej bohaterowie, biorą udział w grze zwanej komedią (rodzinną rzecz jasna), to co mamy powiedzieć o bohaterach współczesnych kreskówek, takich jak „Simpsonowie”, „South Park”, czy „Włatcy Móch” ? Są to filmy, pełne dziecięcych bohaterów, jednak zdecydowanie nie dla dzieci i chyba nawet nie o dzieciach. Wszystkie one wykorzystują zasadę kontrastu między wizerunkiem bohatera małego dziecka, a tym co ów bohater mówi, myśli i robi. Charakterystyczne jest ujęcie satyryczne, ironiczne, obrazoburcze, pokazujące styl życia, kulturę i relacje międzyludzkie jako źródło idiotyzmów. Poetyka tych filmów to poetyka szyderstwa, która uderza we wszelkie świętości i stereotypy. Filmom tym daleko od tzw. „poprawności politycznej” i na tym chyba polega ich fenomen. Jest to fenomen „zakazanego owocu”: dzieci mówią językiem jakim dzieciom mówić nie pozwalamy, poruszają tematy jakich nie powinny poruszać i robią to w sposób, który obraża wszelkie uczucia: rasowe, polityczne, religijne, społeczne, estetyczne i moralne. Wszystko to, jak przystało na animację jest narysowane, a raczej przerysowane. Dzieci są tu tylko maskami. Te seriale nie mogłyby zaistnieć w tradycyjnej formie, w której postacie byłyby grane przez aktorów, gdyż wtedy mogłyby być odebrane zbyt serio i dosłownie. Wówczas obrońcy poprawności prowadziliby nieustanne debaty z pogranicza moralności i wychowania. Z serialami animowanymi, z filmami jakby góry traktowanymi jako mniej poważne trudno jest walczyć nie narażając się na śmieszność. Warto jednak pomyśleć, skoro to nie bajki dla dzieci, nie komedie to czym są te produkcje ? Tragikomediami animowanymi? Thrillerami? Filmami z pogranicza political fiction i dramatu obyczajowego? A może to bajki – dla dorosłych drani – z morałem na końcu?
„Pieprzę was i idę do domu” (Screw you guys, I’m goin’ home), mawia często Eric Cartmann, czarny charakter „South Park”. W takiej Bart Simpson w każdym odcinku zostaje za karę w klasie i pisze po sto razy „Nie będę…” po czym zaczyna kolejne rozróby. Czesio z „Włatców móch” to nawet nie dziecko, tylko zoombie, w którym skumulowały się wszelkie wady genetyczne. To już nie jest generacja słodkiego Kevina, zaś Dennis Rozrabiaka to prawie aniołek w porównaniu z bohaterami tych kreskówek i w South Park nie przeżyłby jednego dnia. Zresztą tytuł „Włatcy móch” jasno dowodzi czyimi i jakimi dziećmi są owi milusińscy. Kreacja tego typu bohaterów dziecięcych, jako postaci pełnych agresji, wulgarnych, złych to istna demonizacja „dziecięcości” i odarcie nas ze złudzeń, co do wizji ludzkiej natury. Jest to zabieg szokujący i okrutny, choć jego wymowę łagodzi kontrast między wizerunkiem bohatera – małego dziecka a dorosłością (czytaj złem) jego postaw. To zestawienie bywa komiczne, tragikomiczne albo wstrząsające (a to już thriller). Dalej nie można odzierać ze świętości i niewinności, bo nie zostało już nic, tylko czyste zło. Z takimi dziećmi nie poradzi sobie głupkowaty Homer Simpson, rodzice Cartmanna są tak nieudolni, że własne dziecko powoduje w jednym z odcinków zamknięcie ich w areszcie, zaś rodzice bohaterów „Włatców móch” zajmują się interesami, działalnością związkową lub po prostu sobą. Ich nieobecność w życiu dzieci twórcy podkreślają nie pokazując twarzy.
Dzieci są dla rodziców już nie tylko problemem, to dla dorosłych ziemia nieznana, obcy ląd, tajemnicza wyspa. To zjawisko to obrazuje motyw postaci – dzieci uzdolnionych magicznie, posiadających nadprzyrodzone zdolności i przeżywających przygody fantastyczne. To bohaterowie „Harry’ego Pottera”, czy wcześniejszych „Opowieści z Narnii”, „Władcy Pierścieni”. Bohaterów takich łączy kilka wspólnych cech: opuszczenie przez dorosłych, przekraczanie granic realnego świata, walka ze złem, przemiana wewnętrzna na skutek tego czego doświadczają. Właściwie trudno tu bronić tezy, że to książki o dzieciach, czy dla dzieci, to raczej utwory o młodych ludziach, którzy muszą szybko wydorośleć poprzez misję jaką mają do spełnienia. Zadanie, którego nie jest w stanie wykonać nikt dorosły. To różni ich od bohaterów lżejszych książek czy filmów, że są nie tylko dla dorosłych problemem, ale są też rozwiązanie problemów jakie ma dorosły świat ze sobą albo ze złem, jakie ten świat chce opanować. W wersji bajki dla starszych dzieci mamy ten sam motyw w „Matrixie”.
Ciekaw jestem, czy takie same mieszane uczucia, jakie dziś budzą mali bohaterowie kreskówek wzbudzały onegdaj postacie „Emila z Lonebergi”, czy„Pippi Landstrum” ? Czy „Szaleństwa Panny Ewy” były w ogóle szaleństwami? Czy „Szatan z siódmej klasy” miał w sobie coś diabelnego prócz intelektu? A może każda epoka ma swoich urwisów, którzy zmieniają kanony wychowania, a raczej zachowania i dziś nie szokują nas już ich dawne – oswojone szaleństwa? Cóż, każde pokolenie ma takie dzieci, jakie urodzi i wychowa (a raczej opisze i wykreuje). Dzieci zwracają największą uwagę dorosłych wtedy, kiedy rozrabiają. Może to jest signum temporis, że nasi dziecięcy bohaterowie chcą zwrócić na siebie uwagę. I to nie jest kwestia złego wychowania tylko dobrego marketingu. Bo nie ma lepszej reklamy niż skandal. A nawet jeśli jest lepsza to nie ma głośniejszej niż skandal i zwracającej większą uwagę. Największym skandalem jest to, że opisują lub pokazują do jakiej wiedzy na temat zła dopuściliśmy dzieci, jakiego języka się od nas nauczyły i jak szybko przeskakują nas w rozwoju i opanowywaniu umiejętności – nie tylko technicznych.
Może nas szokują postacie dzieci, tych z Goldinga i ich masowych następców, ale jeśli potraktujemy animacje opisane przeze mnie bez uprzedzeń, może się okazać że mają w sobie drugie dno, przesłanie, morał. Przyznam się publicznie, że jedyne seriale jakie oglądam (prócz doktora House’a) to „South Park” i „Simpsonowie” (no dobra, jest jeszcze „Miś w dużym niebieskim domu”, „Pingwiny z Madagaskaru”, ale tylko dlatego że Miś dobrze śpiewa i kocha go mój syn Nikodem). Lubię te bajki dla dorosłych, bo są inteligentne. Według mnie one nie promują zła, one je kontestują, a szczególnie zaś istotę zła – głupotę i myślenie stereotypowe. Dorośli twórcy mówią, że nie staliśmy się źli z wiekiem, że byliśmy tacy od dziecka. A może to artystyczna obrona dziecka w nas, tego szalonego, radosnego które ubraliśmy w krawaty, dyplomy i kazaliśmy rządzić światem? Może to kontestacja, bunt, nasza rewolucja kulturalna (a raczej antykulturalna) robiona rękami dzieci? A rewolucje nie mogą być grzeczne… Dzieci też nie. Chyba, że to nieszczęśliwe dzieci…
Powyżej opisane symptomy dowodzą, że w kulturze (szczególnie masowej) mamy pokolenie, w którym dziecko-bohater to najczęściej „Problem Child”. Dowody tego można mnożyć wychodząc poza tytuły przytoczone przez mnie (np. „Beavis i Butthead”, „Koszmarny Karolek”, „Mikołajek” itd.itp.). Strach dziś być dzieckiem ułożonym, grzecznym, kulturalnym, to takie „inne”, to nie jest modne. „Problemowa generacja dzieci” poczętych na łonie kultury przez licznych twórców odzwierciedla kłopoty, jakie w skali makro społeczeństwa mają same ze sobą, postrzeganiem siebie, tożsamością, tolerancją, kulturą, gustami, wartościami lub ich brakiem. W erze globalizacji trudno nawet mówić o społeczeństwach, dlatego że wszyscy mieszkamy w jednym South Parku…
Skąd pisał dla Was Tomek Pohl (Problem Child)
[1] Problem Child to tytuł przeboju zespołu „AC/DC”, tytuł piosenki grupy „The Damned”, tytuł filmu, a nawet magazynu literackiego.