<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>tomaszpohl.pltpohl</title>
	<atom:link href="http://tomaszpohl.pl/author/admin/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://tomaszpohl.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 12 Sep 2011 14:51:03 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.3</generator>
		<item>
		<title>Dojrzeć do niedojrzałości</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/dojrzec-do-niedojrzalosci</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/dojrzec-do-niedojrzalosci#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 12 Sep 2011 14:50:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=120</guid>
		<description><![CDATA[Nie wiadomo, kiedy u człowiek proces dojrzewania się  kończy; są tacy, co twierdzą,  że dopiero w chwili śmierci. Antoni Kępiński Magiczna dorosłość, na którą  czeka się całe dzieciństwo i młodości kawałek jest tylko umowną granicą, nie mająca nic wspólnego z dojrzałością. Możemy dawać dowody osobiste  dwumetrowym chłopom, zarośniętym jak troglodyci i umięśnionym jak kulturyści, możemy celebrować  osiemnastki dojrzałym nad [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote><p><em>Nie wiadomo, kiedy u człowiek proces dojrzewania się  kończy; są tacy, co twierdzą,  że dopiero w chwili śmierci. </em>Antoni Kępiński</p></blockquote>
<p style="text-align: justify;"><span style="font-family: 'Times New Roman'; font-size: small;">Magiczna dorosłość, na którą  czeka się całe dzieciństwo i młodości kawałek jest tylko umowną granicą, nie mająca nic wspólnego z dojrzałością. Możemy dawać dowody osobiste  dwumetrowym chłopom, zarośniętym jak troglodyci i umięśnionym jak kulturyści, możemy celebrować  osiemnastki dojrzałym nad wyraz dziewczynom fizycznie już bardzo kobiecym, ale nie ma to nic wspólnego z dojrzałością. Tak jak w przyrodzie, roślina która rośnie i zakwitać zaczyna wcale jeszcze nie jest rośliną dojrzałą, nie ma jeszcze nawet zawiązek owoców, a cóż dopiero marzyć o plonach, owocach &#8211; tak w życiu, psychice i duszy nic nie rodzi się szybko, łatwo i prosto.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="font-family: 'Times New Roman'; font-size: small;">Czym jest owa magiczna dojrzałość, ten stan do którego zmierzaliśmy, zmierzamy, a może nigdy nie dotrzemy? Można mówić o świadomości siebie, poczuciu odpowiedzialności, gotowości do związków, umiejętnościach społecznych, rozsądku, ponoszeniu konsekwencji za swoje czyny i słowa, o predyspozycjach emocjonalnych, intelektualnych, moralnych. Czy jest jednak jakaś granica, po której mówimy „to już!”? John Powell napisał, że <em>wzięcie całkowitej odpowiedzialności za wszystkie nasze czyny, a także za nasze emocje i zachowania będące reakcją na różne sytuacje życiowe, jest najważniejszym krokiem na drodze ku <a name="0.1__GoBack"></a>dojrzałości. </em>Któż jest władcą wszystkich swoich emocji i stanów? Poza tym owo wzięcie odpowiedzialności to krok na drodze, najważniejszy &#8211; ale dopiero krok.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="font-family: 'Times New Roman'; font-size: small;">Ponoszenie odpowiedzialności za nasze decyzje, czyny, emocje tyle ma wspólnego z dojrzałością, że najczęściej dowodzi nam jak bardzo byliśmy niedojrzali w momencie czynienia tego, za co właśnie odpowiadamy. Czy jest w ogóle jakaś teoretyczna dojrzałość, czy może raczej nasze konkretne reakcje na bodźce, zdarzenia, wyzwania rzeczywistości? Obawiam się coraz częściej, że rację ma autor twierdzenia, iż <em>Dojrzałość to nic innego jak świadomość swoich ograniczeń. Dotarcie do własnych granic. </em>W tym kontekście niedojrzałość jako wiara w brak ograniczeń, jest nawet darem, bez którego trudno byłoby żyć i realizować cele. W czasach dominacji psychologii sukcesu mówienie o ograniczeniach jest na pewno niemodne albo niewygodne, ale może właśnie dojrzałe?</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/dojrzec-do-niedojrzalosci/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nie potrafię? Czy nie chcę i nie wierzę w siebie?</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/nie-potrafie-czy-nie-chce-i-nie-wierze-w-siebie</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/nie-potrafie-czy-nie-chce-i-nie-wierze-w-siebie#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 Jan 2011 16:17:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Motywacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=115</guid>
		<description><![CDATA[Najbardziej pokręcony cytat motywacyjny należy według mnie do Richarda Bandlera i brzmi: „Jeśli tego nie robisz, nie umiesz tego”. Rozumiesz moją irytację? Gdzie tu logika? Przecież rozsądek podpowiada, że jeśli czegoś nie umiesz, to się za to nie zabierasz, bo nie wiesz jak. Albo inaczej: wiedza i przygotowanie powinny poprzedzać działanie. To brzmi dobrze i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Najbardziej pokręcony cytat motywacyjny należy według mnie do Richarda Bandlera i brzmi: „Jeśli tego nie robisz, nie umiesz tego”. Rozumiesz moją irytację? Gdzie tu logika? Przecież rozsądek podpowiada, że jeśli czegoś nie umiesz, to się za to nie zabierasz, bo nie wiesz jak. Albo inaczej: wiedza i przygotowanie powinny poprzedzać działanie. To brzmi dobrze i nawet się rymuje, ale po latach doświadczeń przyznaję rację Panu Bandlerowi. Nie ma takiej niewiedzy, która usprawiedliwiałaby rezygnację z działania, gdyż działanie jest zawsze połączone ze zdobywaniem wiedzy.</p>
<p style="text-align: justify;">Czy znasz sytuację, gdy szef (szefowa) zleca do zrobienia coś kompletnie nowego i nie pyta nawet czy potrafisz? Ja tak miałem i to niejeden raz. Na początku to dość deprymujące. Ale jeśli przełamie się lęk, pokona stres i spróbuje, to najczęściej „da się zrobić”. Jak to powiedział Theodore Roosevelt „Zawsze, kiedy Cię pytają, czy potrafisz coś zrobić, powiedz że potrafisz i zajmij się zdobywaniem informacji, jak to zrobić.” Oczywiście tej zasady nie stosujmy, w sytuacji ratowania komuś życia, bo wtedy na zdobywanie informacji jest za późno, ale generalnie te słowa dobrze radzą. Cóż bowiem mówimy naprawdę wypowiadając słowa „Nie umiem”? Mówimy: nie chce mi się, boję się tego podjąć, nie wierzę w siebie, mam za mało wiedzy lub doświadczenia. Tyle, że niechęć, lęk, lenistwo, brak wiary w siebie są raczej czynnikami naszej natury, psychiki, nastawienia i nie mają wiele wspólnego z wiedzą.</p>
<p style="text-align: justify;">Tak naprawdę postawa jest najważniejsza. Kto chce szuka powodów, a kto nie chce szuka pretekstów odmowy. Wiarę w siebie także budujemy poprzez działanie. Dziecko po przyjściu na świat nie potrafi samodzielnie żyć. Ale w ciągu kilku lat potrafi nauczyć się mówić, chodzić, bawić, tworzyć, jeść. Wystarczy, że chce, próbuje i naśladuje!!!  Ma naturalną potrzebę poznawania, działania, sięgania i pomagania dorosłym. Dlaczego jako dorośli zabijamy w sobie tę dziecięcą ciekawość i porywanie się na wszystko? Kto w nas to zabija? Rodzice, szkoła, czy może my sami i nasze wygodnictwo? W życiu jest tak jak powiedział Henry Ford: „Jeśli sądzisz, że potrafisz, masz rację. Jeśli sądzisz, że nie potrafisz, również masz rację.” Kwestia tkwi tylko w tym, której racji przyznajemy rację. Którą wybieramy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/nie-potrafie-czy-nie-chce-i-nie-wierze-w-siebie/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Generacja Problem Child</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/generacja-problem-child</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/generacja-problem-child#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 23 May 2010 12:20:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=110</guid>
		<description><![CDATA[Dorośli zawsze mieli problemy z dziećmi. Tymi małymi i tymi w sobie. Dzieci zawsze miały problemy z dorosłymi. Tymi obok siebie, przez których musiały za szybko dorośleć i tymi, których nie było blisko, choć być powinni. „Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci na świecie nie byłoby wojen” powiada Jiddu Krishnamurti, ale nie byłoby też kultury w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Dorośli zawsze mieli problemy z dziećmi. Tymi małymi i tymi w sobie. Dzieci zawsze miały problemy z dorosłymi. Tymi obok siebie, przez których musiały za szybko dorośleć i tymi, których nie było blisko, choć być powinni. „Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci na świecie nie byłoby wojen” powiada Jiddu Krishnamurti, ale nie byłoby też kultury w takim kształcie, jakim ją możemy obserwować dziś. Tę kulturę nazywam, zgodnie z modą na pokoleniowe nazywanie zjawisk: Generacją „Problem Child.” <a href="#_ftn1">[1]</a></p>
<p style="text-align: justify;">Dzieci prześladowane, słabe maleństwa, biedne szkraby, pokrzywdzone dzieciątka, święte małe aniołki, zawsze niewinne, najczęściej nieszczęśliwe, nierzadko zalane łzami, niezmiennie głodne, przeważnie zmarznięte, dlatego chore, umierające, ukazywane jako ofiary dorosłego świata, doświadczone przez los, historię, a najczęściej przez ludzką głupotę. Oto skrócona wizja motywu  dziecka na przestrzeni blisko XX wieków, jaką widzimy powszechnie w literaturze i kulturze, także tej masowej, niskiej, pospolitej. To historia pełna Herodów napastujących niemowlęta, to dzieje okrutnych zaborców zsyłając nawet małych chłopców na Sybir, to także pozytywistyczne losy wiejskich i miejskich dzieci, ofiar zacofania, nędzy i głupoty, wreszcie to okropieństwa wojen i totalitarnych utopii, wobec których najbardziej bezbronni byli najmłodsi. W opozycji do takiego &#8211; złego świata dorosłych jasnym światłem zbiorowej wyobraźni są postaci takie jak: Mały Książę, Piotruś Pan, Król Maciuś. Ten panteon dziecięcych gwiazd można poszerzyć o postaci z bajek, baśni, legend, nie zmieni to jednak ogólnego wrażenia, że świat dziecka to świat cierpienia zadawanego mu przez dorosłych. Jedno jest w tej wizji pewne, dzieci są dobre, dorośli źli. Dzieci są czyste, a dorośli mają nieczyste sumienia.</p>
<p style="text-align: justify;">Przeczucie o tym, że dzieci to niekoniecznie aniołki wyraża co prawda Adam Mickiewicz w „Dziadach”, obarczając dzieci jakąś bliżej nieokreśloną winą, ale romantycy widzieli jednak w dzieciach głównie czystość, wrażliwość, intuicję, czucie i wiarę, którą dorośli tracili doroślejąc.  Dopiero XX wiek przynosi zdecydowaną zmianę w postrzeganiu dzieci, jako</p>
<p style="text-align: justify;">niewinnych, czystych tablic, na których dopiero z czasem dorośli wypisują swe mroczne historie. Diaboliczną nie tylko w tytule („Władca Much”, czyli Belzebub) powieść Williama Goldinga uznać można za przełomową pod względem próby objęcia piórem zjawiska narodzin zła. Oczywiście zło fascynowało wielu, którzy już wcześniej podróżowali do „jądra ciemności”, czy przekraczali oczyma wyobraźni bramy piekieł, ale dzieci, które lądują na „rajskiej” wyspie i zmieniają tę wyspę w piekło na ziemi, to pomysł zaiste diabelski.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzieci Goldinga, według którego „Człowiek wytwarza zło, jak pszczoła miód”, są tak samo potworne jak dorośli. Co ciekawe to przeświadczenie noblisty zrodziło się nie ze studiów teologicznych czy antropologicznych, lecz raczej w praktycznym doświadczaniu okropieństw wojny i obserwacji ludzkich zachowań. Człowiek, nawet dziecko „nie czyni dobra, którego pragnie, ale czyni zło, którego nie chce” (parafrazując słowa św. Pawła)  oto przesłanie jakie ma dla nas „Władca Much”. A być może jest jeszcze gorzej niż myślał święty i jest tak, że człowiek (nawet dziecko) czyni zło, którego chce, które nie jest czymś nienaturalnym, a jest po prostu częścią ludzkiej natury. Golding pyta, czy przypadkiem wszyscy nie jesteśmy „urodzonymi mordercami” w sposób naturalny (od dziecka),  „Natural born killers” Oliviera Stone’a pokazuje, że ludzie potrafią zabijać dla rozrywki, albo tylko po to, by stać się gwiazdami mediów. Nie sposób przy tej okazji przemilczeć, że urodzeni mordercy to skrzywdzone, niekochane i molestowane dzieci. Dzieci zemsty.</p>
<p style="text-align: justify;">Po Goldingu kończy definitywnie kulturowa epoka wiary w dziecięcą czystość, niewinność, wrodzoną dobroć (przynajmniej na łamach literatury, czy na ekranie). I jeśli przez wieki dziecko w kulturze było niewinną ofiarą, to drugą połowę XX wieku nazwać możemy epoką dziecięcej zemsty za wieki cierpień, czasem rewanżu na dorosłych, triumfu dziecka nad dorosłymi. Zmiana punktu widzenia, czy punktu opisywania jest rewolucyjna, a kulturę masową opanowywać zaczynają dzieciaki, które są dla dorosłych utrapieniem i  koszmarem. Żeby było śmiesznie, te dzieciaki bawią nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy oczywiście te postacie wymyślili. Są tych postaci dziesiątki, zwanych najczęściej „koszmarnymi”, :”nieznośnymi” lub noszących delikatne miano „urwisów”. Zapełniają półki bibliotek i wypożyczalni filmów. Najpopularniejsi bohaterowie to już ikony kultury masowej.</p>
<p style="text-align: justify;">Kevin &#8211; jak wiadomo &#8211; jest sam w domu. Winni są temu rodzice, którzy go zapomnieli zabrać na święta. Kevin radzi sobie świetnie, świat bez dorosłych jest niczym raj bez zakazanych owoców. Na ten raj napadają złodzieje, którym Kevin wypowiada wojnę. Wojnę rodem nie  z dziecięcych filmów, ale z filmów walki. Kreatywność Kevina jest ogromna, w ramach obrony domu („My home is my castle”) stosuje takie zabiegi jak: przypalanie palnikiem, rzut żelazkiem w głowę, strzelanie z wiatrówki w męskie przyrodzenie, przypalanie dłoni, wbijanie gwoździ w stopy. To tylko fragment zestawu „gier i zabaw dziecięcych”. Kibicujemy Kelvinowi, wszak źli są złodzieje. A właściwie są głupi. I tu jest to okrutne przesłanie filmu: świat dorosłych to świat głupków zapominających o swoich dzieciach (rodzice), nie interesujących się samotnym chłopcem (mieszkańcy miasteczka, sąsiedzi), nie potrafiących poradzić sobie z jednym obrońcą domu (włamywacze). Dlatego kochamy Kevina, bo jest najmądrzejszy, najsprytniejszy, jest po prostu cudowny i umyka nam w trakcie oglądania fakt, że zamienia się z ofiary w kata. Oczywiście, że film mnie bawi, bawi moje dzieci i będzie bawił wnuki. Jednak drugie dno tego filmu pokazuje, że dziecko pozbawione oparcia dorosłych, zaczyna żyć jak dorośli, ale nie jak „kochani” rodzice, tylko jak „znienawidzeni” przestępcy.  Bohater mógłby z powodzeniem być jednym z chłopców Goldinga (niektórzy krytycy filmowi widzą w Kevinie socjopatę), jednak my widzowie w każde święta  cieszymy się sukcesami Kevina, czyli porażką świata dorosłych.</p>
<p style="text-align: justify;">Lata 90-te ubiegłego wieku to prawdziwa wysyp filmowych bohaterów dziecięcych, które są dla dorosłych utrapieniem, problemem, koszmarem. Wspomniana seria o Kevinie (ekranizacje w latach 1990 i 1992 „Home Alone”, „Home Alone 2: Lost in New York”), pojawiła się równolegle z serią „Kochany Urwis”, o bardziej wyrazistym oryginalnym tytule „Problem child” (lata 1990-1995, 3 części). Do tego „klanu urwisów” zaliczyć też należy „Dennisa rozrabiakę” („Dennis the Menace” 1993), bohatera filmów pełnometrażowych i serialu animowanego. Charakterystyczne dla polskich dystrybutorów filmu jest łagodzenie wymowy oryginalnych tytułów. „Problemowe dziecko” zamieniane jest w „kochanego urwisa”, „Dennisa – zagrożenie” zmienia się w „rozrabiakę”, nawet Kevin w polskiej wersji nie jest już „zagubiony” tylko po prostu „sam w Nowym Jorku”. Te zabiegi translatorskie mają jednak ogromne znaczenie semantyczne. W polskiej kulturze pojęcia dziecka-zagrożenia, dziecka, które jest problemem, to temat tabu. Wystarczy obejrzeć kilka odcinków „Superniani”, by zobaczyć z jaką nieśmiałością rodzice tak zwanych trudnych dzieci opowiadają o swoich problemach. Rodzic – w potocznym przekonaniu &#8211; nie ma prawa nazywać dziecka problemem, czy zagrożeniem, przecież maluchy są słodkie, niewinne i „wszystkie nasze są”, a o „swoich” nie mówi się źle.</p>
<p style="text-align: justify;">O ile wymienieni wyżej bohaterowie, biorą udział w grze zwanej komedią (rodzinną rzecz jasna), to co mamy powiedzieć o bohaterach współczesnych kreskówek, takich jak „Simpsonowie”, „South Park”, czy „Włatcy Móch” ? Są to filmy, pełne dziecięcych bohaterów, jednak zdecydowanie nie dla dzieci i chyba nawet nie o dzieciach. Wszystkie one wykorzystują zasadę kontrastu między wizerunkiem bohatera małego dziecka, a  tym co ów bohater mówi, myśli i robi. Charakterystyczne jest ujęcie satyryczne, ironiczne, obrazoburcze, pokazujące styl życia, kulturę i relacje międzyludzkie jako źródło idiotyzmów. Poetyka tych filmów to poetyka szyderstwa, która uderza we wszelkie świętości i stereotypy. Filmom tym daleko od tzw. „poprawności politycznej” i na tym chyba polega ich fenomen. Jest to fenomen „zakazanego owocu”: dzieci mówią językiem jakim dzieciom mówić nie pozwalamy, poruszają tematy jakich nie powinny poruszać i robią to w sposób, który obraża wszelkie uczucia: rasowe, polityczne, religijne, społeczne, estetyczne i moralne. Wszystko to, jak przystało na animację jest narysowane, a raczej przerysowane. Dzieci są tu tylko maskami. Te seriale nie mogłyby zaistnieć w tradycyjnej formie, w której postacie byłyby grane przez aktorów, gdyż wtedy mogłyby być odebrane zbyt serio i dosłownie. Wówczas obrońcy poprawności prowadziliby nieustanne debaty z pogranicza moralności i wychowania. Z serialami animowanymi, z filmami jakby góry traktowanymi jako mniej poważne trudno jest walczyć nie narażając się na śmieszność. Warto jednak pomyśleć, skoro to nie bajki dla dzieci, nie komedie to czym są te produkcje ? Tragikomediami animowanymi? Thrillerami? Filmami z pogranicza political fiction i dramatu obyczajowego? A może to bajki &#8211; dla dorosłych drani &#8211; z morałem na końcu?</p>
<p style="text-align: justify;">&#8222;Pieprzę was i idę do domu&#8221; (Screw you guys, I&#8217;m goin&#8217; home), mawia często Eric Cartmann, czarny charakter „South Park”. W takiej  Bart Simpson w każdym odcinku zostaje za karę w klasie i pisze po sto razy „Nie będę…” po czym zaczyna kolejne rozróby. Czesio z „Włatców móch” to nawet nie dziecko, tylko zoombie, w którym skumulowały się wszelkie wady genetyczne. To już nie jest generacja słodkiego Kevina, zaś Dennis Rozrabiaka to prawie aniołek w porównaniu z bohaterami tych kreskówek i w South Park nie przeżyłby jednego dnia. Zresztą tytuł „Włatcy móch” jasno dowodzi czyimi i jakimi dziećmi są owi milusińscy. Kreacja tego typu bohaterów dziecięcych, jako postaci pełnych agresji, wulgarnych, złych to istna demonizacja „dziecięcości” i odarcie nas ze złudzeń, co do wizji ludzkiej natury. Jest to zabieg szokujący i okrutny, choć jego wymowę łagodzi kontrast między wizerunkiem bohatera &#8211; małego dziecka a dorosłością (czytaj złem) jego postaw. To zestawienie bywa komiczne, tragikomiczne albo wstrząsające (a to już thriller). Dalej nie można odzierać ze świętości i niewinności, bo nie zostało już nic, tylko czyste zło. Z takimi dziećmi nie poradzi sobie głupkowaty Homer Simpson, rodzice Cartmanna są tak nieudolni, że własne dziecko powoduje w jednym z odcinków zamknięcie ich w areszcie, zaś rodzice bohaterów „Włatców móch” zajmują się interesami, działalnością związkową lub po prostu sobą. Ich nieobecność w życiu dzieci twórcy podkreślają nie pokazując twarzy.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzieci są dla rodziców już nie tylko problemem, to dla dorosłych ziemia nieznana, obcy ląd, tajemnicza wyspa. To zjawisko to obrazuje motyw postaci &#8211; dzieci uzdolnionych magicznie, posiadających nadprzyrodzone zdolności i przeżywających przygody fantastyczne. To bohaterowie „Harry’ego Pottera”, czy wcześniejszych  „Opowieści z Narnii”, „Władcy Pierścieni”. Bohaterów takich łączy kilka wspólnych cech: opuszczenie przez dorosłych, przekraczanie granic realnego świata, walka ze złem, przemiana wewnętrzna na skutek tego czego doświadczają. Właściwie trudno tu bronić tezy, że to książki o dzieciach, czy dla dzieci, to raczej utwory o młodych ludziach, którzy muszą szybko wydorośleć poprzez misję jaką mają do spełnienia. Zadanie, którego nie jest w stanie wykonać nikt dorosły. To różni ich od bohaterów lżejszych książek czy filmów, że są nie tylko dla dorosłych problemem, ale są też rozwiązanie problemów jakie ma dorosły świat ze sobą albo ze złem, jakie ten świat chce opanować. W wersji bajki dla starszych dzieci mamy ten sam motyw w „Matrixie”.</p>
<p style="text-align: justify;">Ciekaw jestem, czy takie same mieszane uczucia, jakie dziś budzą mali bohaterowie kreskówek wzbudzały onegdaj postacie „Emila z Lonebergi”,  czy„Pippi Landstrum” ? Czy „Szaleństwa Panny Ewy” były w ogóle szaleństwami?  Czy „Szatan z siódmej klasy” miał w sobie coś diabelnego prócz intelektu? A może każda epoka ma swoich urwisów, którzy zmieniają kanony wychowania, a raczej zachowania i dziś nie szokują nas już ich dawne – oswojone szaleństwa? Cóż, każde pokolenie ma takie dzieci, jakie urodzi i wychowa (a raczej opisze i wykreuje). Dzieci zwracają największą uwagę dorosłych wtedy, kiedy rozrabiają. Może to jest signum temporis, że nasi dziecięcy bohaterowie chcą zwrócić na siebie uwagę. I to nie jest kwestia złego wychowania tylko dobrego marketingu. Bo nie ma lepszej reklamy niż skandal. A nawet jeśli jest lepsza to nie ma głośniejszej niż skandal i zwracającej większą uwagę. Największym skandalem jest to, że opisują lub pokazują do jakiej wiedzy na temat zła dopuściliśmy dzieci, jakiego języka się od nas nauczyły i jak szybko przeskakują nas w rozwoju i opanowywaniu umiejętności – nie tylko technicznych.</p>
<p style="text-align: justify;">Może nas szokują postacie dzieci, tych z Goldinga i ich masowych następców, ale jeśli potraktujemy animacje opisane przeze mnie bez uprzedzeń, może się okazać że mają w sobie drugie dno, przesłanie, morał. Przyznam się publicznie, że jedyne seriale jakie oglądam (prócz doktora House’a) to „South Park” i „Simpsonowie” (no dobra, jest jeszcze „Miś w dużym niebieskim domu”, „Pingwiny z Madagaskaru”, ale tylko dlatego że Miś dobrze śpiewa i kocha go mój syn Nikodem). Lubię te bajki dla dorosłych, bo są inteligentne. Według mnie one nie promują zła, one je kontestują, a szczególnie zaś istotę zła – głupotę i myślenie stereotypowe. Dorośli twórcy mówią, że nie staliśmy się źli z wiekiem, że byliśmy tacy od dziecka. A może to artystyczna obrona dziecka w nas, tego szalonego, radosnego które ubraliśmy w krawaty, dyplomy i kazaliśmy rządzić światem? Może to kontestacja, bunt, nasza rewolucja kulturalna (a raczej antykulturalna) robiona rękami dzieci? A rewolucje nie mogą być grzeczne… Dzieci też nie. Chyba, że to nieszczęśliwe dzieci…</p>
<p style="text-align: justify;">Powyżej opisane symptomy dowodzą, że w kulturze (szczególnie masowej) mamy pokolenie, w którym dziecko-bohater to najczęściej  „Problem Child”. Dowody tego można mnożyć wychodząc poza tytuły przytoczone przez mnie (np. „Beavis i Butthead”, „Koszmarny Karolek”,  „Mikołajek” itd.itp.). Strach dziś być dzieckiem ułożonym, grzecznym, kulturalnym, to takie „inne”, to nie jest modne. „Problemowa generacja dzieci” poczętych na łonie kultury przez licznych twórców odzwierciedla kłopoty, jakie w skali makro społeczeństwa mają same ze sobą, postrzeganiem siebie, tożsamością, tolerancją, kulturą, gustami, wartościami lub ich brakiem. W erze globalizacji trudno nawet mówić o społeczeństwach, dlatego że  wszyscy mieszkamy w jednym South Parku…</p>
<p>Skąd pisał dla Was Tomek Pohl (Problem Child)</p>
<hr size="1" /><a href="#_ftnref1">[1]</a> <em>Problem Child</em> to tytuł przeboju zespołu „AC/DC”, tytuł piosenki grupy „The Damned”, tytuł filmu, a nawet magazynu literackiego.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/generacja-problem-child/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wolność, odpowiedzialność, pracowitość…</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/wolnosc-odpowiedzialnosc-pracowitosc%e2%80%a6</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/wolnosc-odpowiedzialnosc-pracowitosc%e2%80%a6#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 05 Feb 2010 12:41:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Motywacja]]></category>
		<category><![CDATA[Zarządzanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=104</guid>
		<description><![CDATA[Pociąganie innych do odpowiedzialności to cel życia niejednego człowieka. W sensie zawodowym to zrozumiałe, gdy chodzi o pracę tych, którzy zawodowo strzegą przestrzegania prawa. W kontekście moralnym, to zadanie także dla polityków, dziennikarzy, choć komisje do spraw ścigania wszystkich i wszystkiego dowiodły jedynie swej stronniczości i amoralnej chęci niszczenia politycznych przeciwników, a nie chęci odkrycia całej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><span>Pociąganie<strong> innych</strong> do odpowiedzialności to cel życia niejednego człowieka. W sensie zawodowym to zrozumiałe, gdy chodzi o pracę tych, którzy zawodowo strzegą przestrzegania prawa. W kontekście moralnym, to zadanie także dla polityków, dziennikarzy, choć <em>komisje do spraw ścigania wszystkich i wszystkiego </em>dowiodły jedynie swej stronniczości i amoralnej chęci niszczenia politycznych przeciwników, a nie chęci odkrycia całej prawdy. Nie zmienia to jednak faktu, że odpowiedzialność to pojęcie decydujące o <strong>naszej</strong> postawie i losach: w pracy, w rodzinie, na każdej drodze naszego działania. Najczęściej jednak myślimy o tym, <strong>kto</strong> i za co jest odpowiedzialny, tymczasem problem odpowiedzialności jest indywidualny i zaczyna się ode <strong>mnie</strong>. A może od Ciebie ? <img src='http://tomaszpohl.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';-)' class='wp-smiley' /> </span></p>
<p style="text-align: justify;"><span><em>Człowiek skazany jest na to by być wolnym. Skazany &#8211; nie stworzył  bowiem samego siebie, a mimo wszystko jest wolny. Kiedy już  raz rzucony zostaje w świat jest odpowiedzialny za wszystko co robi &#8211; </em>twierdził </span><a href="http://cytaty.eu/autor/jeanpaulsartre.html" target="_blank"><span>Jean-Paul Sartre</span></a><span>. Śmiała to teza, jednak wierzę, że w życiu jest tak, że dorosły człowiek zbiera takie żniwo, jakie nasiona zasiał. Nasiona czynów, myśli i celów lub ich braku. Oczywiście ludzka natura lubi zrzucać odpowiedzialność na innych -  na rodziców, rządzących, historię, warunki, ale zawsze jest pewien zakres odpowiedzialności, który należy do nas samych. To nie jest kwestia miejsca na Ziemi, ustroju, genów, klimatu, ideologii, czy religii tylko naszego charakteru, nastawienia, myślenia i postępowania. </span></p>
<p style="text-align: justify;"><span>Na czym jednak polega odpowiedzialność? Czy tylko na formalnym ponoszeniu odpowiedzialności za swoje czyny przed prawem, przed innymi? Odpowiedzialność ponosimy przed prawem, czy tego chcemy czy nie i nie ma tu miejsca na wybór. Zgodnie z definicją <strong>Człowiek odpowiedzialny to ktoś na kim można polegać </strong>(Słownik języka polskiego). Do tego to się sprowadza, do możliwości mówienia każdemu: <em>Możesz na mnie polegać</em> i działaniu zgodnym z tymi słowami. To jednak kwestia wyboru postawy, stylu działania, posiadaniu motywacji płynącej z wnętrza. To kwestia wolności wyboru, dojrzałości, moralności, uczciwości, pracowitości, lojalności, czyli odpowiedzialności właśnie.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span>Jaki to ma związek z zarządzaniem? KLUCZOWY! Lider to ktoś kto bierze odpowiedzialność. Za innych, za działania, za efekty, za wizję lub jej brak, za rozwój (nie tylko organizacji ale nade wszystko poszczególnych członków zespołu i samego siebie!), za warunki, za nastroje, motywacje, relacje, nawet za entuzjazm lub jego brak. <em>Przywódcę poznasz po słowach: „Jeśli ktoś jest odpowiedzialny, to jestem to ja”. (</em>Brian Tracy<em>, Tajemnice efektywnego przywództwa). </em>Fenomen prawdziwego przywództwa polega na tym, że biorąc pełną odpowiedzialność za wszystko jednocześnie deleguje się na innych działania, procesy, projekty. Deleguje się wierząc w cudzą  odpowiedzialność, kompetencje, uczciwość i w to, że ludzie lubią pracować, sprawdzać się, tworzyć. Że można na nich polegać, bo są odpowiedzialni. Że kontrolowanie to raczej motywowanie, wspieranie, wzmacnianie a nie popędzanie, karanie, wyżywanie się na ludziach.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span>Odpowiedzialność nie jest uczuciem z jakim podchodzimy do realizacji jakiegoś celu. To raczej świadomość celowości działania i konsekwencji jego zaniechania. To filozofia przejęcia kontroli nad wydarzeniami, zjawiskami, działaniami, a nie bezwolne pływanie z prądem. W świecie zmian mamy ciągłe poczucie zależności od innych, od wydarzeń,   trendów, kryzysów. Nie zwalnia nas to od odpowiedzialności. Mamy wybór: <em>Albo przyczynimy się do wprowadzania zmian i weźmiemy za nie </em><strong><em>odpowiedzialność</em></strong><em>, albo staniemy się ich ofiarami.</em>(Richard Bannon). Nie bądźmy ofiarami, bądźmy tymi, którzy zmieniają siebie, radzą sobie ze zmianami wokół i adekwatnie do tych zmian reagują oraz biorą odpowiedzialność za każdy dzień, sprawę, telefon, pismo, problem, drobiazg, czy wielki projekt, a nawet za uśmiech na twarzy lub jego brak…</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/wolnosc-odpowiedzialnosc-pracowitosc%e2%80%a6/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marketing i ryby, które mają głos! ;-)</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/marketing-i-ryby-ktore-maja-glos</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/marketing-i-ryby-ktore-maja-glos#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 21 Nov 2009 20:57:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Marketing]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=97</guid>
		<description><![CDATA[Czymże jest ten słynny marketing? Czy to jedynie analityczno-ekonomiczna wiedza? A może jakaś alchemia ekonomii, magia sprzedaży, sztuka, czy szarlataneria wywierania na klienta wpływu, umiejętność informacji i motywacji? A może zdolność manipulacji, prania mózgów i serc? Czy to wiedza, czy umiejętności, czy można się tego nauczyć, czy jest wrodzoną zdolnością? Czy marketing zależy od umiejętności [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Czymże jest ten słynny marketing? Czy to jedynie analityczno-ekonomiczna wiedza? A może jakaś alchemia ekonomii, magia sprzedaży, sztuka, czy szarlataneria wywierania na klienta wpływu, umiejętność informacji i motywacji? A może zdolność manipulacji, prania mózgów i serc? Czy to wiedza, czy umiejętności, czy można się tego nauczyć, czy jest wrodzoną zdolnością? Czy marketing zależy od umiejętności stosowania technik, czy jest kwestią kreatywności, intuicji, twórczego rozwiązania problemów? Kiedy i gdzie zaczyna się cały ten marketing?</p>
<p style="text-align: justify;">Na początku był marketing. Kiedy dziecko przyszło na świat &#8211; krzyknęło i to była esencja marketingu: wyrażenie całej gamy potrzeb i jednoczesna autoreklama wołająca <em>oto jestem, zobaczcie mnie, usłyszcie, kupcie mnie! </em>Do tego to się sprowadza, do połączenia potrzeb (klienta) ze sposobami ich zaspokojenia (towary, usługi). I tak to od dziecka działa: w domu, w przedszkolu, w szkole. Wyrażamy siebie, sprzedajemy swe słowa, reklamujemy zdolności śpiewania, recytowania, bawienia. Jak mamy za mało <em>na pokaz </em>zawsze możemy powiedzieć <em>a mój tato, a moja mama to.</em> Rzekłbym, że mamy to we krwi, w genach i jest to silne. W końcu jednak to my byliśmy najsilniejszym plemnikiem lub/i najbardziej płodnym jajeczkiem, a czym skorupka za młodu nasiąknie…</p>
<p style="text-align: justify;">Wiemy, że edukacji generalnie nie potrzebujemy (<em>We don’t need no education, we don’t need no thougths control)</em>, ale w szkole trzeba umieć się sprzedać (czyli znowu marketing). Grzeczni mają lepiej, Ci w których wierzą nauczyciele najlepiej. Eksperyment Roberta Rosenthala, który polegał na losowym podzieleniu uczni ów na zdolnych i zdolnych inaczej dowiódł, że często jesteśmy tacy, jak widzą nas inni, jak o nas myślą inni, jak w nas wierzą. To kwestia albo naszego wizerunku, albo motywacji, jaką inni potrafią w nas wzbudzić. Oczywiście wiedza, intelekt są ważne, okazuje się jednak, że inteligencja emocjonalna jest bardzo racjonalna.</p>
<p style="text-align: justify;">Pełni doświadczeń lat (przed)szkolnych wkraczamy w dorosłość studencką, pracowniczą, w której <em>wszystko na sprzedaż, my na sprzedaż. </em>Jaki jest pierwszy tekst reklamowy, który piszemy? Curriculum vitae albo/i list motywacyjny! Toż to czysta reklama, autoprezentacja, sztuka sprzedawania siebie, kreowania wizerunku. To samo robimy na rozmowach kwalifikacyjnych, wszelkich egzaminach, testach, występach, czy w publikacjach! Także już pracując dbamy nie tylko o dobrą realizację naszych zadań, ale również o dobre ich pokazywanie, sprawozdawanie, reklamowanie. Znacie na pewno ludzi, którzy są bardzo efektywni, ale nie efektowni, albo efektowni, ale nie efektywni? Każdy szef musi umieć rozróżnić te cechy. Inaczej może mieć kłopoty.</p>
<p style="text-align: justify;">I wreszcie to co młodzież określa dziś słowem <em>lans. </em>Wkraczamy na tzw. <em>rynek uczuć</em>, gdzie wszelkimi sposobami próbujemy zrobić dobre wrażenie na płci przeciwnej. Stroje, ubrania, kreacje, fryzury, makijaże, zapachy, style, mody, ruchy, gesty, intonacja głosu, spojrzenia, czyli sztuka uwodzenia. Czasem w oprawie aut, miejsc, zdarzeń. Czysty marketing, promocja siebie, kreowanie wizerunku. Ileż wkładamy w to wysiłku, żeby wypaść najlepiej. Trudno się potem dziwić, że ludzie zakochują się w swoich oczekiwaniach na temat drugiej osoby, w swoich wyobrażeniach o niej, a nie w żywych niedoskonałych ludziach. Kupują oczami i oczekiwaniami, tak jak każdy z nas, klientów…</p>
<p style="text-align: justify;">Mamy ten marketing w sobie, wokół siebie, nawet na sobie, a szukamy jakiegoś kamienia filozoficznego, magicznej definicji, zachowujemy się jak rybka, która szukała oceanu:</p>
<p style="text-align: justify;"><em>-</em> <em>Przepraszam panią &#8211; rzekła jedna morska ryba do drugiej &#8211; jest pani starsza ode mnie i bardziej doświadczona, pewnie będzie mi pani mogła dopomóc. Proszę mi powiedzieć, gdzie mogę znaleźć to, co nazywają oceanem? Szukałam już wszędzie &#8211; bez rezultatu. &#8211; Oceanem jest miejsce, gdzie teraz pływasz &#8211; odpowiedziała stara ryba. -</em> <em>To?! &#8211; Przecież to tylko woda&#8230; A ja szukam oceanu! -Odparła rozczarowana młoda ryba odpływając, by szukać gdzie indziej. </em>Jesteśmy często jak ta ryba, pływamy w tym oceanie, a szukamy wzoru chemicznego wody, nazwy akwenu, chcemy nazywać, zamiast doświadczać i przeżywać…</p>
<p style="text-align: justify;">Marketing to nie jest tylko coś, czego można się nauczyć, wykuć, zostać teoretykiem. Marketing w praktyce, jest jak powietrze, którym oddychamy, jak woda, w której pływamy. Należy go dostrzec, poczuć, zrozumieć, pokochać,  zanurzyć niczym w morzu, poznać jego zmienne prądy i płynąć z tymi prądami, za ławicami ryb, którymi są nasi klienci i łowić, a potem sprzedawać, sprzedawać, zarabiać! W każdym z nas jest marketing. Twoja postawa, wiedza, umiejętności, charakter, wiara w siebie, kreatywność, komunikatywność, nastawienie, chęć rozwoju, odwaga, zaangażowanie to właśnie to. Dobry marketingowiec to psycholog, obserwator, słuchacz, widz, czytelnik, zanurzony we współczesnej kulturze, życiu codziennym, języku. Gdziekolwiek w swym życiu zajmujesz się marketingiem, nie bój się, bo <strong>Marketing to zbyt poważna sprawa, by powierzyć ją działowi marketingu <img src='http://tomaszpohl.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';-)' class='wp-smiley' /> </strong> (David Packard).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/marketing-i-ryby-ktore-maja-glos/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gra zespołowa</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/gra-zespolowa</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/gra-zespolowa#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 09 Oct 2009 15:17:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Motywacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=85</guid>
		<description><![CDATA[Czyń to, co możesz, za pomocą tego, co masz, tam, gdzie jesteś. Theodore Roosevelt Dominuje taki stereotyp w polskiej myśli sportowej lub kibicowej, że Polacy nie są zdolni do osiągania sukcesów zespołowych. Śmiem twierdzić, że to bzdura, wystarczy prześledzić historię polskiej piłki nożnej, siatkówki, piłki ręcznej i wielu innych dyscyplin zespołowych, by każdemu dowieść, że [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote><p><strong><em>Czyń to, co możesz, za pomocą tego, co masz, tam, gdzie jesteś</em></strong>. Theodore Roosevelt</p></blockquote>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><em> </em></p>
<p style="text-align: justify;">Dominuje taki stereotyp w polskiej myśli sportowej lub kibicowej, że Polacy nie są zdolni do osiągania sukcesów zespołowych. Śmiem twierdzić, że to bzdura, wystarczy prześledzić historię polskiej piłki nożnej, siatkówki, piłki ręcznej i wielu innych dyscyplin zespołowych, by każdemu dowieść, że to nieprawda. Historia narodowa pełna zmagań, konspiracji, walk nauczyła nas współpracy, koegzystencji i grania o osiągnięcie wspólnego celu. Sukcesy wielu polskich firm dowodzą, że nie jesteśmy narodem li tylko indywidualistów, samotników i aspołecznych frustratów. Potrafimy grać zespołowo, co nas do tego motywuje, to już odrębny temat.</p>
<p style="text-align: justify;">Zespołowa gra, to coś naturalnego. Życie zaczynamy od koegzystencji fizycznej, jaką jest uzależnienie dziecka od matki, a po narodzinach od całego bliskiego otoczenia. Rodzina to zespół, który gra, tak jak nauczyli się grać jego poszczególni członkowie. Szkolna klasa to także zespół, czy dobrze dobrany i zgrany, zapewne nie zawsze, ale są w nim grupy, które grają zespołowo, osiągając wspólny cel w postaci zdobycia wiedzy, dyplomu, umiejętności. Mądry pedagog wie, że najlepsza klasa, to klasa zintegrowana, gdzie wartością jest kooperacja, a nie rywalizacja i wierzcie mi, że nie mam tu na myśli <em>pomagania</em> typu wyręczanie (ściąganie), lecz na dzieleniu się wiedzą, źródłami, umiejętnościami.</p>
<p style="text-align: justify;">Całe nasze funkcjonowanie zależy od umiejętności <em>gry zespołowej</em>: firmy, urzędy organizacje, instytucje, kluby, stowarzyszenia, grupy, samorządy, rodziny, kręgi przyjaciół, spółdzielnie, kościoły, związki. Życie to gra zespołowa i jest w niej tylko jeden jedyny problem, że każdy chciałby zdobywać bramki, punkty, zwyciężać, zdobywać chwałę, być tym, który wieńczy akcję całego zespołu zdobyciem celu. Ale życie jest inne. 22 zawodników gra w piłkę nożną na boisku, ale piłka jest tylko jedna. Formacje muszą ze sobą współpracować, <em>dzielić się piłką</em>, podawać, osłaniać tych, którzy atakują. Najważniejszym graczem okazuje się najczęściej ten bez piłki, który jest we właściwym miejscu, czasie i jest gotowy. Na przykładzie współczesnego sportu zespołowego można powiedzieć, że wszyscy bronią, wszyscy atakują, znikają sztywne podziały ról i zadań. Jeden zespół, wspólny cel i efekt.</p>
<p style="text-align: justify;">Myślę o zawodniczkach i zawodnikach bez piłki. O tych którzy nie zdobywają osobiście punktów i nie strzelają bramek. Ale podają, myślą jak rozegrać akcję, osłaniają innych, zabezpieczają. Grają bez piłki, ale śledzą jej lot, miejsce i są gotowi, by włączyć się do akcji. Są tłem. Są aktorami drugoplanowymi. Nie ma ich na liście strzelców. Nie szukają aplauzu indywidualnego. Nie są gwiazdami, tylko pracownikami, wyrobnikami, rzemieślnikami. Jednak bez nich nie byłoby zwycięstw. Są jak fundament domu, którego nie widać, ale bez którego nie byłoby ścian i dachu. Są jak korzeń drzewa, choć my podziwiamy owoce i liście. Znają swoje miejsce, ale czy my znamy ich znaczenie i rolę? Jeśli znamy i doceniamy, to znaczy, że gramy zespołowo, nawet jeśli to nam przypada rola liderów i gwiazd. Jeśli będąc liderami nie wiemy tego, co od kogo w zespole zależy, to znaczy że nasze przywództwo jest powierzchowne.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/gra-zespolowa/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>25</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Służenie – poniżenie czy wyróżnienie?</title>
		<link>http://tomaszpohl.pl/sluzenie-ponizenie-czy-wyroznienie</link>
		<comments>http://tomaszpohl.pl/sluzenie-ponizenie-czy-wyroznienie#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 31 Aug 2009 10:48:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tpohl</dc:creator>
				<category><![CDATA[Motywacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://tomaszpohl.pl/?p=50</guid>
		<description><![CDATA[Motto: Głównym powołaniem człowieka jest raczej służyć, niż zmuszać do posłuchu (Albert Einstein) Jakże pięknym klasycznym zwrotem sprzedawcy były przez lata słowa Czym mogę służyć? Dziś słyszymy jedynie proszę, słucham, niekiedy w czym mogę pomóc? Służenie nie jest w modzie, ani jako postawa w miejscu pracy, ani jako filozofia robienia czegokolwiek. Może dlatego, że kojarzy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote><p>Motto: <em>Głównym powołaniem człowieka jest raczej służyć, niż zmuszać do posłuchu</em> (Albert Einstein)</p></blockquote>
<p style="text-align: justify; "><strong>Jakże pięknym klasycznym zwrotem sprzedawcy były przez lata słowa <em><span style="font-weight: normal;">Czym mogę służyć?</span></em> Dziś słyszymy jedynie </strong><em>proszę, słucham</em><strong>, niekiedy </strong><em>w czym mogę pomóc?</em><strong> Służenie nie jest w modzie, ani jako postawa w miejscu pracy, ani jako filozofia robienia czegokolwiek. Może dlatego, że kojarzy się ze służącym – kimś w obiegowej opinii poniżanym, gorszym, wykorzystywanym. Zapominamy o tym, że pojęcie </strong><em>służenia</em><strong>, ma u swych korzeni wymiar szlachetny, wyróżniający, godny uznania.</strong></p>
<p style="text-align: justify; ">Kiedy oglądamy tak modne ostatnio filmy o czasach antycznych (szczególnie rzymskich), nie różnicujemy pomiędzy sługami i niewolnikami, a to różnica zasadnicza. Owszem, niektórymi służącymi byli niewolnicy, ale nie każdy sługa to niewolnik. Służący tym się różni od niewolnika, że otrzymuje za swoją pracę i usługi zapłatę. To praca, która jest wyborem ją wykonującego, za którą należy się wynagrodzenie i uznanie. Większość zawodów opiera się na <em>służeniu</em> innym. Jest to zawarte nawet w wielu nazwach, takich jak <em>Służba Zdrowia, Służba Publiczna, Służba Wojskowa, Służba Więzienna, Służba Celna</em>, a nawet <em>Służby Specjalne</em>. Te nazwy podkreślają wyjątkowe znaczenie owych służb i ich prestiż społeczny.</p>
<p style="text-align: justify; ">Jest jedna cecha, która łączy służących z tymi, którym służą –  to zaufanie. Ufamy lekarzowi, idąc do niego, że ma wiedzę niezbędną  do postawienia diagnozy. Ufamy wojsku, że nas (w razie czego) obroni. Ufamy, że wszystkie <em>służby</em>, służą nam i naszemu dobru, a nie sobie. Także w kwestii służących, w czasach gdy byli oni częściej spotykani, to pracę tę otrzymywali jedynie tacy ludzie, którzy cieszyli się zaufaniem pracodawcy. Bycie służącym oznaczało dostęp do miejsc, widoków, wiadomości bardzo osobistych. Służba była niejednokrotnie także odpowiednikiem dzisiejszej ochrony. Motto amerykańskiej policji, to słowa <em>To protect and serve (Chronić i służyć)</em> i to niewątpliwie szlachetna idea.</p>
<p style="text-align: justify; ">W prawie polskim ustanowiono służbę cywilną <em>w celu zapewnienia <strong>zawodowego, rzetelnego, bezstronnego i politycznie neutralnego</strong> wykonywania zadań państwa</em>. To bardzo dobre założenia, pokazujące pośrednio, na czym opierać się winno służenie innym. Szczegóły promowanych postaw regulują w wielu instytucjach Kodeksy Etyki lub inne unormowania, które najczęściej wywodzą się z Europejskiego Kodeksu Dobrej Administracji przyjętego przez Parlament Europejski w dniu 6 września 2001 r. Wszystkie one nobilitują pojęcie <em>służenia</em> i <em>służby</em> do rangi pracy wykonywanej solidnie, uczciwie, godnie.</p>
<p style="text-align: justify; ">Dlaczego więc tak często wzdrygamy się przed służeniem? Bronimy się tekstami w rodzaju <em>Nie jestem twoją służącą/twoim służącym</em>, albo kwitujemy polecenia szefa słowa <em>Pan każe, sługa musi</em>. Ludzka natura (kochająca przyjemności i łatwizny) woli, kiedy to jej się służy. Jest to dążenie do wygody, przyjemności, do korzystania, a nawet do wykorzystywania innych. Buntuje się, kiedy ma przejść od myślenia o sobie (egoizm) do myślenia o innych (altruizm). Nawet te obowiązki, które przyjęliśmy na siebie z racji umowy (o pracę), albo umowy na związek (małżeństwo), nawet one niekiedy rodzą nasz bunt, czasem złość i niechęć. Cóż za ironia, czyż ktoś nas zmuszał do zawierania umów o pracę, wchodzenia w związki? A może nie byliśmy świadomi wszystkich konsekwencji naszych zobowiązań?</p>
<p style="text-align: justify; ">Na szczęście jako ludzie mamy zawsze prawo wyboru i szanse rozwoju, a każdy kto prawidłowo rozwija się psychicznie i emocjonalnie odkrywa, że <em>żyć</em> to nie tylko znaczy <em>brać</em>, ale także <em>dawać</em> i że<em> być</em>, to nie oczekiwać na obsłużenie, ale <em>służenie</em>. To prawdziwy zysk dla naszego poczucia spełnienia, jeśli dajemy, choć czasem wydaje się trudne. Nawet religia odnosi się do tych postaw: <em>bo kto chce być pierwszym, niech będzie sługą wszystkich</em>. Znane słowa, ale czy zrozumiane? Szokujące dla ludzkiego hedonizmu nauczanie Jezusa pokazuje, że wielki człowiek, to ten który służy, a nie ten który ma armię sług, bo służenie to wielkość charakteru i ducha. Także inne religie uczą, że służenie innym jest ważną częścią duchowości i że to służenie czyni osobę wielką. Prabhat Ranjan Sarkar, hinduski filozof, rewolucjonista społeczny, poeta powiedział: <em>Bądźcie wielcy poprzez waszą (…) służbę i poprzez wasze poświęcenie.</em> Rzekłbym, że tylko wielcy ludzie potrafią służyć innym ze świadomością robienia wielkich rzeczy, nawet przy sprawach pozornie małych i błahych.</p>
<p style="text-align: justify; ">Kiedy spojrzymy na każdą grupę w społeczeństwie,  poczynając od rodziny, poprzez firmy, zakłady, instytucje, organizacje, zrzeszenia, kluby, urzędy, na partiach politycznych i instytucjach władzy kończąc przekonamy się, że mają one rację istnienia tylko wtedy, kiedy jej członkowie potrafią służyć sobie nawzajem i innym. Życie to służenie, bo kto nie potrafi służyć, nie potrafi funkcjonować ani w rodzinie ani w społeczeństwie. Myślę, że służenie to coś więcej niż praca, więcej niż obowiązki, więcej niż <em>zrobienie, wykonanie</em>. Czym się różni? Świadomością tego, że to co robimy ma sens, jest pożyteczne, użyteczne, albo przynajmniej konieczne. Pewnością,  że czyniąc to, pomagamy, zmieniamy świat na lepsze, zaspokajamy czyjąś potrzebę, czyli właśnie służymy, a służąc spełniamy się jako ludzie.</p>
<p style="text-align: justify; ">PS Mam nadzieję,  że ten blog będzie Wam dobrze służył <img src='http://tomaszpohl.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';-)' class='wp-smiley' /> </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://tomaszpohl.pl/sluzenie-ponizenie-czy-wyroznienie/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

