„Moim najlepszym przyjacielem jest ten, kto pozwala mi wydobyć to, co we mnie najlepsze.” Henry Ford

W każdym z nas tkwią możliwości, większe niż się spodziewamy. Mamy oczekiwania, marzenia, sfery, które mogłyby rozkwitać, gdybyśmy je tylko poznali i lepiej pielęgnowali. To nasz potencjał. Trafiłeś do motywacyjnego ogrodu, który nie jest jednak zwykłą stroną popularnej psychologii sukcesu, jakich jest w Internecie wiele. Tu znajdziesz także zagadnienia nie poruszane gdzie indziej, trochę różnorodnej wiedzy z psychologii, zarządzania, pogranicza różnych dyscyplin wiedzy. Inspiracje nie tylko psychologiczne, ale także intelektualne, może nawet duchowe.

Od kilkunastu lat kieruję ludźmi, pracuję z ludźmi, uczę i szkolę ludzi, piszę dla ludzi. Dotąd dzieliłem się tym wszystkim co wiem, myślę, czuję i chcę przekazać na tej prywatnej stronie oraz na blogu. Nadszedł czas oddzielenia tego co artystyczne, tego co profesjonalne i tego, co osobiste. Poezję, prozę i eseje znajdziesz na www.pohl.art.pl. Publicystyka, opinie bieżące, sprawy różne, moje osobiste opinie pozostają na www.ptakiduszy.blog.onet.pl. A tutaj znajdziesz nie tylko archiwum naukowe i opracowania (od humanistyki po marketing i zarządzanie), lecz przede wszystkim będziemy się wspólnie uczyć pracować nad sobą, rozwijać, czyli wydobywać z siebie to co najlepsze. Witaj w świecie tych, którzy wiedzą, że zatrzymać się w rozwoju, to znaczy cofać się i że najważniejsze czego się dowiedzą, osiągną, nauczą wciąż na nich czeka. Nie pozwól im czekać dłużej J

Tomek Pohl

Gra zespołowa

Czyń to, co możesz, za pomocą tego, co masz, tam, gdzie jesteś. Theodore Roosevelt

Dominuje taki stereotyp w polskiej myśli sportowej lub kibicowej, że Polacy nie są zdolni do osiągania sukcesów zespołowych. Śmiem twierdzić, że to bzdura, wystarczy prześledzić historię polskiej piłki nożnej, siatkówki, piłki ręcznej i wielu innych dyscyplin zespołowych, by każdemu dowieść, że to nieprawda. Historia narodowa pełna zmagań, konspiracji, walk nauczyła nas współpracy, koegzystencji i grania o osiągnięcie wspólnego celu. Sukcesy wielu polskich firm dowodzą, że nie jesteśmy narodem li tylko indywidualistów, samotników i aspołecznych frustratów. Potrafimy grać zespołowo, co nas do tego motywuje, to już odrębny temat.

Zespołowa gra, to coś naturalnego. Życie zaczynamy od koegzystencji fizycznej, jaką jest uzależnienie dziecka od matki, a po narodzinach od całego bliskiego otoczenia. Rodzina to zespół, który gra, tak jak nauczyli się grać jego poszczególni członkowie. Szkolna klasa to także zespół, czy dobrze dobrany i zgrany, zapewne nie zawsze, ale są w nim grupy, które grają zespołowo, osiągając wspólny cel w postaci zdobycia wiedzy, dyplomu, umiejętności. Mądry pedagog wie, że najlepsza klasa, to klasa zintegrowana, gdzie wartością jest kooperacja, a nie rywalizacja i wierzcie mi, że nie mam tu na myśli pomagania typu wyręczanie (ściąganie), lecz na dzieleniu się wiedzą, źródłami, umiejętnościami.

Całe nasze funkcjonowanie zależy od umiejętności gry zespołowej: firmy, urzędy organizacje, instytucje, kluby, stowarzyszenia, grupy, samorządy, rodziny, kręgi przyjaciół, spółdzielnie, kościoły, związki. Życie to gra zespołowa i jest w niej tylko jeden jedyny problem, że każdy chciałby zdobywać bramki, punkty, zwyciężać, zdobywać chwałę, być tym, który wieńczy akcję całego zespołu zdobyciem celu. Ale życie jest inne. 22 zawodników gra w piłkę nożną na boisku, ale piłka jest tylko jedna. Formacje muszą ze sobą współpracować, dzielić się piłką, podawać, osłaniać tych, którzy atakują. Najważniejszym graczem okazuje się najczęściej ten bez piłki, który jest we właściwym miejscu, czasie i jest gotowy. Na przykładzie współczesnego sportu zespołowego można powiedzieć, że wszyscy bronią, wszyscy atakują, znikają sztywne podziały ról i zadań. Jeden zespół, wspólny cel i efekt.

Myślę o zawodniczkach i zawodnikach bez piłki. O tych którzy nie zdobywają osobiście punktów i nie strzelają bramek. Ale podają, myślą jak rozegrać akcję, osłaniają innych, zabezpieczają. Grają bez piłki, ale śledzą jej lot, miejsce i są gotowi, by włączyć się do akcji. Są tłem. Są aktorami drugoplanowymi. Nie ma ich na liście strzelców. Nie szukają aplauzu indywidualnego. Nie są gwiazdami, tylko pracownikami, wyrobnikami, rzemieślnikami. Jednak bez nich nie byłoby zwycięstw. Są jak fundament domu, którego nie widać, ale bez którego nie byłoby ścian i dachu. Są jak korzeń drzewa, choć my podziwiamy owoce i liście. Znają swoje miejsce, ale czy my znamy ich znaczenie i rolę? Jeśli znamy i doceniamy, to znaczy, że gramy zespołowo, nawet jeśli to nam przypada rola liderów i gwiazd. Jeśli będąc liderami nie wiemy tego, co od kogo w zespole zależy, to znaczy że nasze przywództwo jest powierzchowne.

25 odpowiedzi na “Gra zespołowa”

  1. Ciekawy post. Jako zawodnik ‘bez piłki’ ale za to z palcatem;) wiem jak to jest być liderem dla partnera jakim jest koń, ale też muszę wiedzieć kiedy oddać wodze i pozwolić koniowi działać samemu. Tylko w tedy mogę liczyć na sukces dzięki, któremu to ja dostaję puchary i nagrody a koń ‘tylko’ worek marchewki;>

  2. Witaj,

    już w pierwszym akapicie zdradziłeś tajemnicę, czego trzeba, aby stworzyć prawdziwy zespół. Nie mniej i nie więcej, tylko wspólnego celu. Tylko tyle i aż tyle. Póki taki cel jet, potrafimy się jednoczyć, działać razem. Problemy są dwa: taki cel znaleźć i umieć się zachować w chwili, gdy zostanie już osiągnięty. Historycznie rzecz biorąc, największe problemy pojawiały się w momencie, gdy główny cel – niepodległość – został osiągnięty. Zaś celu nie trzeba było szukać, otrzymywaliśmy go z zewnątrz.
    Tworzenie zespołu jest trudne, wymaga szacunku dla indywidualności każdego (potencjalnego) członka i stworzenia z tych wszystkich indywidualności wizji, która stanie się wspólna. A potem trzeba poddać siebie tej wizji i przekonać do takiego poddania każdego z „panów braci” :-)
    Wciąż na nowo pytam się, gdzie są granice takiego poddania. Ono musi być, bo inaczej nie osiągniemy wspólnego celu. Ale w którym momencie trzeba z niego zrezygnować, bo oznaczałoby ono zdradę samego siebie?

    Pozdrawiam serdecznie

  3. Pegasa – poruszyłaś ważną kwestię, raz się jest dżokejem, a raz koniem, takie życie. Może kto nie był koniem, nie będzie nigdy dobrym kierowcą… Najlepiej znać się na jednym i drugim, wtedy rozumie się złożoność relacji, zależności, współpracy, zespołowej gry.

  4. Bożeno, wiele tu kwestii. Budowanie zespołu, to złożony proces. Grupa ludzi, to jeszcze nie zespół, nawet jeśli mają wspólny cel, ale to dobry początek. Tak więc fundament to kwestia rekrutacji, doboru. A jeśli jest już zespół i pojawia się nowy cel? Generalnie wierzę w Misję i Wartości, jeśli zespól ich niema, nie ma zespołu. Odwołałem się do historii, sportu, ale to tylko kontekst refleksji nad zespołem w pracy, a może rodzina to też zespół? Tylko tam jest wiele celów wspólnych i wykluczających się, tak więc rodzina jest jak statek, którego pasażerowie niby chcą razem płynąć do jednego celu, ale niekoniecznie tym samym kursem i zawijając do tych samych portów po drodze. Wówczas trzeba ustalić kolejność „zwiedzania” lub nawet na chwilę popłynąć w innych kierunkach, o ile nadal port docelowy jest ten sam. O ile zespół wciąż jest załogą tego samego statku, pod tą samą banderą…

  5. No właśnie:)Żeby dobrze grać zespołowo trzeba umieć najpierw choć na chwilę spojrzeć na sytuację z perspektywy swojego partnera w grze oraz brać pod uwagę jego słabe i mocne strony. Trzeba się znać jak przysłowiowe łyse konie i czuć. Sport to nie tylko wysiłek fizyczny, ale też dużo intuicji i logiki:)

  6. Poznaj siebie, znaj innych, nawet w słabości są możliwości, trzeba znać słabe i mocne strony zespołu, po to, by je równoważyć i zapobiegać ewentualnym porażkom. Inna kwestia, że czasem wygraną jest już sam udział, walka, radość rywalizacji. Poruszyłaś ważną kwestię, logikę i intuicję, bo nie ma decyzji w 100% racjonalnych, a o intuicji boimy się mówić w kategorii pracy, sportu, działania. A szkoda….

  7. Tomku, dziekuję za odpowieź i nowe imulsy do myślenia. Odezwę się za jakieś 10 dni, a w tym czasie muszę przerobić temat w praktyce :-)

    Pozdrawiam serdecznie

  8. Tak, wielka szkoda, gdyż to w sumie to ‘coś’ decyduje o dobrze podjętych krokach prowadzących do sukcesu (co nie koniecznie musi oznaczać wygraną, bo sukces ma wiele wymiarów).

  9. Świetna konkluzja – tylko wtedy jesteśmy zespołem, kiedy dostrzegamy rolę tych bez piłki. Wtedy znamy również swoje miejsce, łatwiej nam uchronić się od pychy, a uszanować innych.
    Jakoś dziwnie widzę naszych piłkarzy – same, kurcze, gwiazdy;-))

    Myślę, że Polacy doskonale radzą sobie zespołowo, kiedy popatrzeć na rzecz z punktu widzenia naszej historii. Chyba nawet lubimy być zespołem i chlubimy się byciem nim. Musi nas jednak ktoś zjednoczyć.
    Problem zaczyna się później, w momencie rozdawania orderów.

  10. Bożeno! Trening czyni mistrza, praktyka czyni teoretyka, a teoria…Powstaje, gdy działać się udaje ;-) )) Trzymaj się!

  11. Krajanko! Teraz widzę, że wpisałem się w kontekst meczu Czechy-Polska, zupełnie niechcący ;-) Uważam jak Vince Lombardi, że wygrywanie jest nawykiem, przegrywanie też. Podobała mi się nawet gra wczorajsza reprezentacji, brakowało tylko goli, pewności siebie, tego czegoś co odróżnia zawodnika od mistrza. A zespół, zespół to właśnie troska jednych o drugich i wymaganie tego, co najlepsze, czyli wiary w czyjeś siły. To magia coacha, nauczyciela…Dzięki, że tu zajrzałaś, do mego innego ogrodu.

  12. Pegaso! O wygrywaniu, zwyciężaniu, walce jeszcze tu będzie, ale w tym, co napisałaś, jest już zalążek prawdy i jeden z jej licznych wymiarów. Bo wygrywać czasem oznacza tyle, co grywać, grać i udział brać. Czasem droga jest nagrodą, a nie cel na końcu….

  13. To co napisałeś, jest – przynajmniej dla mnie – oczywiste. Zastanawiam się jednak nad czymś innym, nad grą zespołową [szeroko rozumianą] wtedy, gdy nie ma jasno sprecyzowanego celu, gdy tym celem jest po prostu kolejny dzień, bo dopiero wtedy – jeśli zespół nadal funkcjonuje tak jak powinien – można mówić o jego zgraniu. W sporcie bądź na wojnie cel jest jasny, prosty, oczywisty. Wszystko toczy sie po to by zwyciężyć, najwięcej problemów jest tam, gdzie są sami liderzy, bo żaden nie chce oddać piłki, wierząc, że wygra sam. Historia uczy, ze my jako naród jesteśmy świetni w wygrywaniu wojen, bitew, powstaniach – a później nie potrafimy zbudować państwa, które byłoby równie silne. Gdy wygrywamy nagle zespół się rozpada, każdy ma własny cel, jakim jest jego własny interes. W tych też kategoriach rozpatruję radzinę bądź współpracowników. Tylko sporadycznie w rodzinie czy w pracy pojawiają się jakieś wyzwania, które jednoczą wszystkich. Na ogół jest to po prostu kolejny dzień, podobny do poprzedniego. Właśnie wtedy jest najtrudniej stworzyć zespół, którego cel to wspólne życie bądź praca, gdy wkrada się zmęczenie i rutyna, gdy nie trzeba walczyć o nic ani z nikim, a wystarczy tylko koegzystować. To wtedy na ogół zupełnie zapominamy o tym, że sami nie dalibyśmy rady, że bez tego zespołu nie można byłoby przetrwać kolejnego dnia czy wywiązać się z nałożonych obowiązków… Rany ale się rozpisałam;-))) pozdrawiam

  14. Hehe, wielkiego sportowca już ze mnie nie będzie;> i wiek nie ten i za późno się w to zaczęłam ‘bawić’, ale grywam, biorę udział, trenuję i czasem wygrywam, co sprawia mi niewysłowioną frajdę pomiędzy domem i pracą, które także są ‘grami’ zespołowymi tylko , niestety, frajda często mniejsza z grania a większa z wygrywania;>

  15. Pegaso! To właśnie miałem na myśli, grać dla gry, dla radości, dla przyjemności, wygrywać na płaszczyźnie wygrywania ze sobą, wygrywania spełniania marzeń, stylu życia. To że się trenuje, gra, bierze udział już jest w pewnym sensie zwycięstwem, bo nie jest się kibicem, lecz uczestnikiem….

  16. Arl! Myślę, że mamy cele krótkoterminowe, doraźne (jak cel na jeden dzień) i jest coś jak cały wyścig, cel ostateczny, albo po prostu kierunek. W tym kontekście być może czasem przegrywamy jakiś etap (kryzys, zmęczenie), ale najważniejsze jest dotarcie do mety, osiągnięcie celu, albo wytrwanie w biegu. Czasem zespół czeka na nie nadążającego, czasem trzeba podać rękę, ponieść, opatrzyć. Z firmą pt. Rodzina jest jak z każdą inną, jeśli jest wspólna Misja i Wartości (czyli zasady dążenia do wypełnienia misji), to kryzysy są jedynie naturalnym zjawiskiem dopadającym każdy zespół. Inna kwestia to to, kto jest przywódcą, kto jest przywódcą na czas kryzysu, co zrobić kiedy okazuje się, że Misja i Wartości któregoś z członków zespołu stają się inne. Są też kryzysy po sukcesie, nie tylko po porażce, jest kwestia motywowania wzajemnego, albo zwykłej-jakże rzadkiej wdzięczności. Wystarczyłoby raz dziennie pomyśleć, co kto inny wniósł dobrego w ten dzień i podziękować za to, za banalną kawę, obiad, prezent, słowo, wspólny czas, obecność….Niestety bardzo często zespół staje się jedynie grupą, nie drużyną. Myślę, że o tym książkę można by napisać ;-) ))

  17. O tym myślałam, generalizując sprawę… Się zgadzam, inną kwestią pozostaje pamiętanie o tym wszystkim w szarych potokach codziennych spraw…

  18. W marketingowym zarządzaniu jest takie pojęcie Konsekwencja działania (consistency), które weryfikuje spójność naszych celów z działaniami, konsekwentne realizowanie. To taki audyt, kontrola…Cóż, w życiu codziennym też by się przydało mieć takie zasady zarządzania celami…

  19. Problem w tym, że są takie sfery życia, w których ta konsekwencja i kontrola występuje w pełni, bo mamy określoną motywację, np. praca zawodowa, samodoskonalenie. Najtrudniej o tę kontrole na gruncie rodziny, może dlatego, że czasami potrzeba jednak wyłączyć audyt i odpocząć, przestać na chwilę kontrolować działanie, po prostu być. Okazuje się to zgubne, bo wtedy zespół przestaje grać w tę samą grę. Problem w tym, że poza domem jesteśmy bardzo mądrzy, mamy mnóstwo doświadczeń itp., a tu gdzie to najważniejsze przestajemy tę wiedzę stosować w praktyce, podczas gdy to właśnie tutaj budowanie relacji jest najważniejsze… i najtrudniejsze.

  20. Ja z tej samej beczki, ale innej strony: dobrzy szefowie nie zawsze są dobrymi przywódcami w domu (może tam chcą mieć azyl, oazę?). Ostatnio zauważyłem, że te same zasady stosowane w pracy działałyby w domu, ale w domu mamy jakiś kod w mózgu, który blokuje niekiedy, który emocje napędza sugerując, że tu trzeba inaczej. Uważam, że w domu jesteśmy gorsi ;-) , mniej samokontroli, mniej racjonaności, więcej emocji, czarnowidztwa i dąsów, w domu chyba nikt nie chce brać odpowiedzialności za nastroje, klimaty, za inicjatywę, każdy chciałby być zrozumiany, usprawiedliwiony po ciężkim dniu, w domu walczą egoizmy i oczekiwania, w pracy rządzą prostsze reguły….Dom to cięższa praca niż praca, a relacje i emocje nie poddają się tak łatwo regułom zarządzania, a liczba potrzeb sięga kikudziesięciu (Maslow się bardzo pomylił, a raczej ograniczył ;-) )) PS. Santorski ujął ten problem w książce „Miłość i praca”, dobre tam są teksty….

  21. Rozwinąłeś moją myśl. Oceniam to tak, w pracy mamy do czynienia z ludźmi w jakiś sposób obcymi, którzy nas oceniają, a my dążymy do tego by ta ocena była jak najlepsza. Jeśli jednoczesnie zależy nam na dobrych relacjach to potrafimy zdobyć się na maksimum cierpliwości, wyrozumiałości, a jednocześnie asertywności [gdy jest się szefem zwłaszcza]. W domu po prostu jesteśmy, w jakiś sposób skazani na siebie, tu nikt nas nie ocenia, wiec nie musimy sie kontrolować. I to jest dobre i potrzebne, ta możliwośc wyłączenia ustawicznej kontroli. Ale z drugiej strony, często wtedy zapominamy, że tu też trzeba budować te relacje, nie tak jak w pracy, inaczej, cieplej, ale trzeba. A co do książki… nie czytałam… pewnie siegnę jak znajdę chwilę… choć z tym cięzko obecnie;-)))

  22. Czy to znaczy, że środowisko domowe jest „oazą”, że tu wyłączamy samokontrolę, przebieramy się z garniturów w dres, klniemy więcej niż w pracy, nie zabiegamy o innych opinię? Po części tak, w domu powinno być luźniej, po części zaniedbujemy domowników, jeśli nie chcemy im się czasem podobać, w sensie stroju, zachowania, spędzania czasu, okazywania troski…Rutyna? Dom staje się firmą, w której następuje wymiana dóbr, usług, ale chyba nie o to chodzi, bo zespół dobry cieszy się, że gra wspólnie, razem, ma cel, taktykę, a może nawet nagrody….

  23. Hm… Zgadzam się ze wszystkim co napisałeś, Tomku o grze w zespole, o wspólnym osiąganiu celu, wzajemnym wspieraniu itd. Czasem oglądam jakieś programy, gdzie zwycięzca – nie zapomina wspomnieć, że swój sukces zawdzięcza nie tylko własnemu wysiłkowi i umięjętnością, lecz przedewszystkim wspaniałym współpracownikom, grupie przyjaciół, czy nawet rodzinie…
    Osoby, które za wszelką cenę pragna jedynie pokazać siebie, lub uważają, że „nikt inny nie zrobi tego lepiej”, zazwyczaj ponoszą więcej rozczarowań i porażek, niż dobrze zgrany zespół… Dlatego mądrzy szefowie, trenerzy, wodzowie dążą do tego, by stworzyć zespół w którym każdy zna swoje miejsce i wykonuje zadania z myślą o wspólnym sukcesie. O dobru nie tylko swoim. Zamieściłeś cenny artykuł i myślę, że nie tylko ja odnajduję w nim „perełki” dla siebie – tym bardziej, że jestem idywidualistką i czasem naprawdę bardzo trudno stanąć mi w „zespole” jako mały trybik, dzięki któremu, ruszy z miejsca wielka maszyna :)
    Pozdrawiam cieplutko!

  24. Kasiu! Nawet za wielkimi indywidualistami stoją inni: bliscy którzy ich wychowali, nauczyciele i mistrzowie, czy małżonkowie i dzieci wspierający, lub przynajmniej tolerujący szaleństwo działaczy, artystów, naukowców. Także w zespole potrzebny jest przywódca, indywidualista, chadzający własnymi ścieżkami, mający swe „inne spojrzenie” na sprawy, projekty, zadania. Cała sztuka raz się zgrać z zespołem, a innym razem być trochę ponad, obok, poza i mieć w burzy mózgów swe własne pioruny ;-)

  25. Powiem Wam szczerze, iż wielce. Dostajemy po dupsku w każdej ważniejszej dyscyplinie i nie jest ważne czy gramy w nożną, siatkę lub kosza we wszystkim dostajemy sromotne lanie i nie możemy w stanie odnieść żadnych znaczących sukcesów, Jest to dołujące i mam w tej chwili tego dosyć. Brakuje mi aktualnie wielkich nazwisk i osobowości w naszym sporcie. Zastanawia mnie kiedy to się odmieni. Przepraszam pesymistyczny, jestem nader niepocieszony. posta.

Zostaw komentarz