„Moim najlepszym przyjacielem jest ten, kto pozwala mi wydobyć to, co we mnie najlepsze.” Henry Ford

W każdym z nas tkwią możliwości, większe niż się spodziewamy. Mamy oczekiwania, marzenia, sfery, które mogłyby rozkwitać, gdybyśmy je tylko poznali i lepiej pielęgnowali. To nasz potencjał. Trafiłeś do motywacyjnego ogrodu, który nie jest jednak zwykłą stroną popularnej psychologii sukcesu, jakich jest w Internecie wiele. Tu znajdziesz także zagadnienia nie poruszane gdzie indziej, trochę różnorodnej wiedzy z psychologii, zarządzania, pogranicza różnych dyscyplin wiedzy. Inspiracje nie tylko psychologiczne, ale także intelektualne, może nawet duchowe.

Od kilkunastu lat kieruję ludźmi, pracuję z ludźmi, uczę i szkolę ludzi, piszę dla ludzi. Dotąd dzieliłem się tym wszystkim co wiem, myślę, czuję i chcę przekazać na tej prywatnej stronie oraz na blogu. Nadszedł czas oddzielenia tego co artystyczne, tego co profesjonalne i tego, co osobiste. Poezję, prozę i eseje znajdziesz na www.pohl.art.pl. Publicystyka, opinie bieżące, sprawy różne, moje osobiste opinie pozostają na www.ptakiduszy.blog.onet.pl. A tutaj znajdziesz nie tylko archiwum naukowe i opracowania (od humanistyki po marketing i zarządzanie), lecz przede wszystkim będziemy się wspólnie uczyć pracować nad sobą, rozwijać, czyli wydobywać z siebie to co najlepsze. Witaj w świecie tych, którzy wiedzą, że zatrzymać się w rozwoju, to znaczy cofać się i że najważniejsze czego się dowiedzą, osiągną, nauczą wciąż na nich czeka. Nie pozwól im czekać dłużej J

Tomek Pohl

Marketing i ryby, które mają głos! ;-)

Czymże jest ten słynny marketing? Czy to jedynie analityczno-ekonomiczna wiedza? A może jakaś alchemia ekonomii, magia sprzedaży, sztuka, czy szarlataneria wywierania na klienta wpływu, umiejętność informacji i motywacji? A może zdolność manipulacji, prania mózgów i serc? Czy to wiedza, czy umiejętności, czy można się tego nauczyć, czy jest wrodzoną zdolnością? Czy marketing zależy od umiejętności stosowania technik, czy jest kwestią kreatywności, intuicji, twórczego rozwiązania problemów? Kiedy i gdzie zaczyna się cały ten marketing?

Na początku był marketing. Kiedy dziecko przyszło na świat – krzyknęło i to była esencja marketingu: wyrażenie całej gamy potrzeb i jednoczesna autoreklama wołająca oto jestem, zobaczcie mnie, usłyszcie, kupcie mnie! Do tego to się sprowadza, do połączenia potrzeb (klienta) ze sposobami ich zaspokojenia (towary, usługi). I tak to od dziecka działa: w domu, w przedszkolu, w szkole. Wyrażamy siebie, sprzedajemy swe słowa, reklamujemy zdolności śpiewania, recytowania, bawienia. Jak mamy za mało na pokaz zawsze możemy powiedzieć a mój tato, a moja mama to. Rzekłbym, że mamy to we krwi, w genach i jest to silne. W końcu jednak to my byliśmy najsilniejszym plemnikiem lub/i najbardziej płodnym jajeczkiem, a czym skorupka za młodu nasiąknie…

Wiemy, że edukacji generalnie nie potrzebujemy (We don’t need no education, we don’t need no thougths control), ale w szkole trzeba umieć się sprzedać (czyli znowu marketing). Grzeczni mają lepiej, Ci w których wierzą nauczyciele najlepiej. Eksperyment Roberta Rosenthala, który polegał na losowym podzieleniu uczni ów na zdolnych i zdolnych inaczej dowiódł, że często jesteśmy tacy, jak widzą nas inni, jak o nas myślą inni, jak w nas wierzą. To kwestia albo naszego wizerunku, albo motywacji, jaką inni potrafią w nas wzbudzić. Oczywiście wiedza, intelekt są ważne, okazuje się jednak, że inteligencja emocjonalna jest bardzo racjonalna.

Pełni doświadczeń lat (przed)szkolnych wkraczamy w dorosłość studencką, pracowniczą, w której wszystko na sprzedaż, my na sprzedaż. Jaki jest pierwszy tekst reklamowy, który piszemy? Curriculum vitae albo/i list motywacyjny! Toż to czysta reklama, autoprezentacja, sztuka sprzedawania siebie, kreowania wizerunku. To samo robimy na rozmowach kwalifikacyjnych, wszelkich egzaminach, testach, występach, czy w publikacjach! Także już pracując dbamy nie tylko o dobrą realizację naszych zadań, ale również o dobre ich pokazywanie, sprawozdawanie, reklamowanie. Znacie na pewno ludzi, którzy są bardzo efektywni, ale nie efektowni, albo efektowni, ale nie efektywni? Każdy szef musi umieć rozróżnić te cechy. Inaczej może mieć kłopoty.

I wreszcie to co młodzież określa dziś słowem lans. Wkraczamy na tzw. rynek uczuć, gdzie wszelkimi sposobami próbujemy zrobić dobre wrażenie na płci przeciwnej. Stroje, ubrania, kreacje, fryzury, makijaże, zapachy, style, mody, ruchy, gesty, intonacja głosu, spojrzenia, czyli sztuka uwodzenia. Czasem w oprawie aut, miejsc, zdarzeń. Czysty marketing, promocja siebie, kreowanie wizerunku. Ileż wkładamy w to wysiłku, żeby wypaść najlepiej. Trudno się potem dziwić, że ludzie zakochują się w swoich oczekiwaniach na temat drugiej osoby, w swoich wyobrażeniach o niej, a nie w żywych niedoskonałych ludziach. Kupują oczami i oczekiwaniami, tak jak każdy z nas, klientów…

Mamy ten marketing w sobie, wokół siebie, nawet na sobie, a szukamy jakiegoś kamienia filozoficznego, magicznej definicji, zachowujemy się jak rybka, która szukała oceanu:

- Przepraszam panią – rzekła jedna morska ryba do drugiej – jest pani starsza ode mnie i bardziej doświadczona, pewnie będzie mi pani mogła dopomóc. Proszę mi powiedzieć, gdzie mogę znaleźć to, co nazywają oceanem? Szukałam już wszędzie – bez rezultatu. – Oceanem jest miejsce, gdzie teraz pływasz – odpowiedziała stara ryba. - To?! – Przecież to tylko woda… A ja szukam oceanu! -Odparła rozczarowana młoda ryba odpływając, by szukać gdzie indziej. Jesteśmy często jak ta ryba, pływamy w tym oceanie, a szukamy wzoru chemicznego wody, nazwy akwenu, chcemy nazywać, zamiast doświadczać i przeżywać…

Marketing to nie jest tylko coś, czego można się nauczyć, wykuć, zostać teoretykiem. Marketing w praktyce, jest jak powietrze, którym oddychamy, jak woda, w której pływamy. Należy go dostrzec, poczuć, zrozumieć, pokochać,  zanurzyć niczym w morzu, poznać jego zmienne prądy i płynąć z tymi prądami, za ławicami ryb, którymi są nasi klienci i łowić, a potem sprzedawać, sprzedawać, zarabiać! W każdym z nas jest marketing. Twoja postawa, wiedza, umiejętności, charakter, wiara w siebie, kreatywność, komunikatywność, nastawienie, chęć rozwoju, odwaga, zaangażowanie to właśnie to. Dobry marketingowiec to psycholog, obserwator, słuchacz, widz, czytelnik, zanurzony we współczesnej kulturze, życiu codziennym, języku. Gdziekolwiek w swym życiu zajmujesz się marketingiem, nie bój się, bo Marketing to zbyt poważna sprawa, by powierzyć ją działowi marketingu ;-) (David Packard).

11 odpowiedzi na “Marketing i ryby, które mają głos! ;-)”

  1. Próbujesz uczłowieczyć marketing?;-))) Dla laika takiego jak ja w tej dziedzinie, słowo marketing kojarzy się źle [pomijam automarketing, o którym jest w początkowej części tekstu], bo z manipulacją, sugestią i przekonywaniem klienta, że potrzebuje akurat tego, co ktoś chce sprzedać, a jak nie potrzebuje to za chwilę na pewno będzie potrzebował, a tu akurat okazja, promocja itp. No i wraca taki biedny, obładowany zakupami klient do domu, wyjmuje to wszystko z toreb i nachodzi go olśnienie: o rany, po co mi to? przecież ja tego wcale nie potrzebuję. I tak właśnie stał się ofiarą specjalisty od marketingu. Wiem, że postrzegam to subiektywnie i pewnie się oburzysz. Ale niestety nie mam dobrych skojarzeń…Pozdrawiam

  2. Marketing jest ludzki, wymyślony przez ludzi i dla ludzi. Prawdziwy marketing jest głęboko humanistyczny, bo jego celem są ludzkie potrzeby (a nie potrzeby sprzedającego). Poza tym dowodzę, że każdy z nas uprawia marketing, jakieś formy sprzedawania siebie, reklamy, autoprezentacji, kreacji…Wejdź do działu Marketingu i ściągnij prezentację „Ja i mój marketing”, tam są pewne konteksty tego tekstu i rozwinięcia. Cóż, a to że marketing dla wielu stał się sztuką manipulacji, prania mózgu, wciskania kitu, to tylko ciemna strona tego samego medalu…

  3. Obejrzałam, przeczytałam prezentację. Teoria brzmi dobrze, tak bym to ujęła. Tylko, że cały czas mam wrażenie, że prezentujesz własną wersję marketingu, wynikającą z całości Twojej osobowości, wykształcenia i podejścia do życia, ludzi. I to jest fajne. Ale to jest jedna strona marketingu i szkoleń z tego zakresu. Z drugiej strony cały czas mamy do czynienia z marketingiem, który traktuje klienta przedmiotowo. Szkoleniowcy uczą jak manipulować klentem, choć oczywiście twierdzą, ze to absolutnie nie jest manipulacja, to tylko technika sprzedaży. Nawet jeśli to ta granica jest bardzo niewyraźna. Nie jest specem, tylko obserwatorem tego procesu [czasami wkurzonym, gdy mnie dotyczy], poza sobą nigdy w życiu nic nie sprzedałam;-)) i niech tak zostanie;-))) Pobożne życzenie – gdyby zastosować podejście do marketingu z Twojej prezentacji – może byłby bardziej ludzki.

  4. Myślę, że z racji nabierania przez klientów doświadczeń, coraz większej konkurencyjności, wzrostu poziomu oczekiwań co do jakości i obsługi zginą śmiercią naturalną firmy nastawione na siebie, sprzedające w sposób manipulujący, naciągający, stosujące sztuczki, chwyty…Dlatego wierzę w ten marketing, który promuje nastawienie ludzkie, na klienta, elastyczne, uczciwe, relacyjne, głębokie. Długofalowy biznes ma sens, kiedy patrzy się nie na to by sprzedać „tu i teraz”, ale aby sprzedawać coś, co jest doskonalone jakościowo, atrakcyjne cenowo i podawane z klasą… Pewnie że będą zawsze magicy od akwizycji, manipulacji i perswazji, ale nigdy nie będą mieli wiernych klientów, tylko „nabranych”, „naciągniętych”.

  5. Myślę, ze nie zginą śmiercią naturalną. Zwłaszcza dopóki trwa sprzedaż na tzw. „chałupkach”, pokazy, itp. Wiesz chyba najgorsze jest to, że z takim marketingiem dobrze podanym, na poziomie i z nastawieniem na klienta spotykamy się najrzadziej. W codzienności najczęściej mamy do czynienia z tą druga wersją. A później dzwonią ci pechowi klienci: ratunku! kupiłem/am krzesło masujące, posciel itp. [tu pada kwota wyższa niż moja miesięczna pensja] bo wszyscy kupili, a teraz myślę że przecież wcale nie chcę, pomóż. No i pomagam… Ale nie tak to powinno wyglądać, dlatego mnie to drażni. Co do reszty – zgadzam się. Chciałam tylko pokazać, ze oprócz tej wersji, którą przedstawiłeś, marketing ma jeszcze inna twarz – taką spod lady – niestety niezbyt przyjemną. Pozdrawiam

  6. Niestety – tutaj muszę się z Tobą zgodzić. To sprzedawanie „cudów”, wciskanie „kitów”, pokazy, akwizycje jednorazowe, zaczepianie na ulicach czy wywożenie na wycieczki półdarmowe, żeby pokazać „cuda-wiank-garnki”, to ta prymitywna twarz marketingu. Nie wspomnę o kupowaniu miejsca w sklepach, płacenie za wystawianie recept, czy za straszenie nas grypą. Poza tym, ile promocji, to jedynie emocje, słowa, manipulacje. Cóż, taki podręcznik demaskujący „brudny” marketing też ktoś powinien napisać, łącznie z jego obliczem internetowym, spamerskim, czy pokazaniem ludziom jaka jest różnica między lekiem, a preparatem….Dzięki za dyskusję.

  7. Jak zwykle idea została wypaczona, kiedy ktoś może nieźle zarobić – że się tak wtrącę. ale chyba rzeczywiście – zdolności w tym kierunku mamy wrodzone luba nam ich brak, wystarczy popatrzeć na dzieci w szkole. Rzecz jasna wchodzą też inne czynniki kształtujące nasze usposobienie, nastawienie do siebie, jednak niektórzy są w tym kierunku wybitnie uzdolnieni.
    Mam wrażenie, że bezpośredni wpływ na to ma ukształtowane poczucie własnej wartości, jednak musi być wspomagany przez wrodzony spryt, błyskotliwość, odwagę i …..pewną dozę bezczelności (odwołuję się do wieku szkolnego, rzecz jasna;-))

  8. Przepraszam za literówki – odruchowo wysłałam, nie przeczytawszy wcześniej;-)

  9. Przeczysz sam sobie: „Marketing jest ludzki, wymyślony przez ludzi i dla ludzi. Prawdziwy marketing jest głęboko humanistyczny, bo jego celem są ludzkie potrzeby (a nie potrzeby sprzedającego). Poza tym dowodzę, że każdy z nas uprawia marketing, jakieś formy sprzedawania siebie, reklamy, autoprezentacji, kreacji…”. Czyli ‘sprzedaję siebie” np. podczas rozmowy z potencjalnym pracodawcą mając na uwadze przede wszystkim potrzeby pracodawcy? Guzik prawda – „sprzedaję siebie” bo szukam pracy a to, czy pracodawca faktycznie mnie potrzebuje to sprawa dla mnie drugorzędna. Najważniejsze jest dla mnie to, żebym dostał pracę a nie to, żeby pracodawca miał ze mnie wymierne korzyści. Gdybym myślał inaczej, żądałbym wynagrodzenia dla siebie w wys. np 1 grosza. Z natury jesteśmy egoistami i to jest naturalne (jesli sam o siebie nie zadbam to kto o mnie zadba?) Dorabianie ideologii, ściemnianie o głębokim humanizmie w marketingu jest niepotrzebne i trąci hipokryzją.
    Pozdrawiam

  10. Zamiast polemiki, pewna historia, o mądrym, sędziwym odźwiernym, żyjącym w XVIII – wiecznej Europie, którego obowiązkiem było witanie wędrowców przybywających do tętniącego życiem śródziemnomorskiego miasta. Podróżni przybywający do miasta zatrzymywali się przy bramie miejskiej, aby zapytać odźwiernego o drogę oraz o możliwości znalezienia pracy. Pewnego dnia pod bramą zatrzymał się wędrowiec i spytał odźwiernego:
    - Starcze, jacy są mieszkańcy Twego miasta?
    Staruszek podrapał się w głowę i zapytał:
    - Jacy ludzie mieszkają w mieście, z którego przybywasz?
    Podróżny skrzywił się i stwierdził sucho:
    - Banda łobuzów. Skąpych, chciwych i nieuczciwych.
    - Hmm … – odparł odźwierny, pokiwawszy głową – Takich też ludzi znajdziesz w naszym mieście. Pamiętaj, że Cię ostrzegałem.

    Około godziny później do bram miasta zbliżył się kolejny podróżny. Sądząc po stroju i rysach twarzy mężczyzna wyglądał na młodszego brata poprzedniego przybysza. Pierwszy odezwał się starzec, mówiąc:
    - Sądząc po wyglądzie młody człowieku, musiałem przed chwilą rozmawiać z Twoim bratem. Czy może go szukasz?
    Młodzieniec uśmiechnął się i potrząsnął głową, zaprzeczając:
    - Nie za nic w świecie dziadku. Wiesz, mój brat jest wyjątkowo zgorzkniałym człowiekiem. Przykro to przyznać, ale absolutnie nie tęsknię za jego towarzystwem.
    Młody człowiek podszedł do sędziwego odźwiernego, uścisnął mu dłoń i zapytał:
    - Byłbym Ci nieskończenie wdzięczny dziadku, gdybyś odpowiedział mi na pewne pytanie. Sądząc po Twoim wieku, musisz znać wielu mieszkańców tego miasta. Powiedz mi proszę, jacy są ci ludzi?
    Starzec odpowiedział:
    - A jacy ludzie żyją w mieście, z którego przybywasz?
    - Ach, trudno byłoby znaleźć lepszych ludzi. Wszyscy, co do jednego są uczciwi, pracowici i hojni, aż do przesady. Bardzo nie chciałem opuszczać miasta, ale zmusiła mnie do tego
    konieczność znalezienia pracy.
    - Hmm … – odparł z uśmiechem odźwierny – Takich właśnie znajdziesz w naszym mieście. Serdecznie Cię witamy!

    W innej wersji u mnie na blogu: http://ptakiduszy.blog.onet.pl/Kowale-Losu-i-Ofiary-Losu,2,ID339305384,n

    PS. Pracodawca daje pracę, gdy wierzy w korzyści, zdolności, wartość pracownika, inaczej byłby szaleńcem. Sztuka by obie strony miały korzyści.
    PPS. Pracuję, bo kocham pracować, zarabiam, bo prawdziwa miłość rodzi wzajemność, można to nazwać interesem, a można relacją…To zależy od punktu widzenia. Pozdrawiam!

  11. Ad postu Krajanki (8 XII) ;-)
    Ja tak tylko głośno myślę, o bezczelności, tupecie, o poczuciu wartości, o pewnej sile przebicia (w granicach dobrego smaku), o tym czy bezczelność to wiara w siebie, a skromność to skromność, czy raczej nieśmiałość, lęk ubrany w inne szaty… Granie cichego, pokornego, nieśmiałego to też „sprzedawanie siebie”, zaś tupet to często przykrywka niepewności…Cudowny zaiste jest człowiek, a każdy niepowtarzalny ;-) )) Pozdrawiam!

Zostaw komentarz